Tym, co mnie ostatnio smuci jest to, że nowy program MAHA nie zajmuje się żadną kwestii zasadniczych, skutkiem czego niewiele się u nas zmienia. Nadal polityka polega on na przenoszeniu pieniądze z dotacji do produktów i towarów do dotacji dla rolników, którzy chcą przejść na uprawy ekologiczne. Bierze się pieniądze z jednej puli i wrzuca do innej. Perfekcyjnie! Ponieważ jestem po stronie MAHA, taki stan rzeczy mnie martwi!

Gros adresatów rolnej polityki rządowej jest nadal zorientowanych zasadniczo na rząd. Nadal proszą o zbawienie poprzez ustawodawstwo. Sprowadza się to do tego, że albo handlujemy, albo zakazujemy czegoś. Jak do tego doszło? Jak doszliśmy do tego punktu? Doszliśmy do niego w 1906 roku, kiedy Upton Sinclair napisał książkę „Dżungla” i ujawnił okrucieństwa panujące w rzeźniach Chicago, a konkretnie w siedmiu dużych zakładach mięsnych Wietrznego Miasta, które kontrolowały 50% dostaw mięsa w Ameryce. W ciągu sześciu miesięcy od opublikowania książki Sinclaira, te siedem dużych korporacji, Swift Armor, straciło 50% sprzedaży.

Rynek zagłosował

Te siedem wielkich korporacji poszło do biurokratów i prezydenta Teddy Roosevelta „Rki” i powiedziało: „Panie Prezydencie, proszę nas ratować. Idziemy na dno. W oczy zagląda nam socjalizm. Potrzebujemy rządowego znaku jakości, aby zyskać wiarygodność w oczach opinii publicznej”.

I prezydent odpowiedział:

- OK, damy waszej żywności rządowy znak jakości!. Tak oto w 1908 roku powstała Służba Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności (FSIS). Wcześniej każdy mógł prowadzić interesy bez udziału biurokratów, sąsiad z sąsiadem, handel żywnością był powszechny w całym kraju. Nie trzeba było prosić rządu o pozwolenie, aby móc kupić szklankę surowego mleka od sąsiada.

FSIS zmieniło to wszystko. Nagle między naszą zdolnością zawierania umów a konsumentami żywności pojawiła się biurokracja rządowa. 200 lat temu rzeźnik, piekarz i producent świec byli częścią wsi. Mieszkali nad swoimi sklepami. Chodzili do kościoła w swojej społeczności. Ich dzieci bawiły się razem. Wszyscy wiedzieli, kto jest dobry, a kto nie daje sobie rady. Ten facet jest lepszym producentem sera. Tamten nie jest dobrym producentem sera. Wszystko było weryfikowalne dzięki przejrzystości wynikającej z osądu społeczności wsi.

Wraz z industrializacją wiejski rzeźnik, piekarz i producent świeczników przenieśli się do ogromnych zakładów otoczonych drutem kolczastym i wieżami strażniczymi, a przemysłowy system żywnościowy i paranoiczni konsumenci, którzy nie mieli do niego dostępu, zaczęli bać się tego, czego nie mogli zobaczyć za ogrodzeniem. I do kogo zwrócili się o ratunek? Do rządu.

Ralph Nader w ich imieniu pisze apele: „Proszę, chrońcie nas”. Potrzebujemy większego tyrana niż korporacje. Potrzebujemy kogoś, kto zajrzy za ten płot i zaopiekuje się nami. Poczciwi ludzie nie zdawali sobie sprawy, że zamiast zajrzeć za płot, biurokraci pójdą z przemysłem do łóżka i stworzą agencję przejmującą kontrolę nad regulacjami przemysłu.

Uberyzacja

Obecny system żywnościowej kontroli przemysłowej jest przestarzały. Potrzebna nam jest uberyzacja systemu żywnościowego. Gdyby 50 lat temu, w czasie wycieczki po Kalkucie, Lagos czy Limie doradził ci, że jeśli chcesz dojechać na lotnisko, do hotelu czy muzeum tp najlepiej korzystał z samochodów bez oznaczeń, bez rejestracji, prowadzonych przez osoby nie posiadające rządowych licencji, a nawet prawa jazdy, powiedziałbyś mu: „Coś pan! Przecież to ryzykowne! Wolę zaczekać na normalną, legalną taksówkę!” Dzisiaj Internet stworzył cywilizowaną wersję takich nieoznakowanych samochodów i sposób ich weryfikację w czasie rzeczywistym. Uberyzacja umożliwiła przeprowadzenie transakcji całkowicie niekontrolowanej przez rząd, która dawniej podlegała silnej kontroli rządowej.

Internet stał się rzeźnikiem, piekarzem i producentem świeczników w globalnej wiosce dzięki demokratyzacji systemu informacji i weryfikacji jej w czasie rzeczywistym. Jeśli jesteś złym pasażerem, nikt cię nie podwiezie. Jeśli jesteś złym kierowcą, żaden pasażer nie z tobą nie pojedzie. To już jest samokontrola. Albo takie Airbnb. W ciągu 10 lat aplikacja/spółka Airbnb podwoiła liczbę pokoi sieci hotelowych Marriott, Sheraton i Hilton na całym świecie. Podwoiła liczbę pokoi wszystkich trzech dużych sieci hotelowych na całym świecie, wychodząc spod kontroli rządu. Taka jest siła uwolnienia rynku. Mam więc propozycję analogicznego rozwiązania tego problemu transakcji żywnościowych.

Zamiast regulacji spróbujmy wolności, tak aby dorosłe osoby, korzystające z przyrodzonej sobie wolności wyboru, w celu udzielenia swojemu mikrobiomowi swobody działania, nie musiały prosić rządu o pozwolenie na transakcje żywnościowe. Mamy wolność wyboru w sypialni, w łazience i w łonie matki, nie mamy jej w kuchni. Proponuję rozwiązanie w postaci proklamacji emancypacji żywnościowej, abyśmy mogli bez zgody rządu angażować się w bezpośrednią wymianę żywności między sąsiadami.

Obecnie istnieje sprzeciw wobec tej idei. Sprzeciw zaczyna się od stwierdzenia, że nie można nikomu udzielać specjalnych przywilejów. Że potrzebne są nam równe szanse. „Nie możemy wam pozwolić na coś, na co nie może sobie pozwolić Tyson”. To tak, jakby powiedzieć, że pozwolimy wam na grę w futbol, ale tylko na stadionach NFL. Potrzebujemy równych szans, takich jak niedzielne popołudniowe mecze na podwórku, gdzie bramką na jednym końcu jest krzew bzu i linia brzegowa, a na drugim – pięciogalonowe wiadro i łopata wbita w ziemię. Gra w futbol, gdy jedynym miejscem, w którym można to robić, będzie stadion NFL z certyfikowanym sędzią - to nie są równe szanse. To nie jest ta sama gra, ludzie. To zupełnie inne oczekiwania. To zupełnie inna gra.

Bezpieczeństwo żywności

Kiedy kilka lat temu zeznawałem w Richmond w sprawie ustawy o żywności domowej, komisarz ds. rolnictwa i usług konsumenckich stanu Wirginia, bardzo miły człowiek, wziął mnie na bok podczas przerwy i powiedział na ucho: „Joel, przecież nie możemy pozwolić ludziom na wybieranie swojej żywności”. Nie nastarczymy wystarczająco szybko budować szpitali, by pomieścić w nich tych, którzy od niedbałych, brudnych rolników kupią nieświadomie zepsutą żywność”. Był szczery. Muszę mu wierzyć? Nie sądzę, żeby to sobie wymyślił, myślę, że naprawdę w to wierzył.

Kiedy ktoś tak mówi, zakłada, że ludzie ufają biurokratom bardziej niż rolnikom, co moim zdaniem jest bezzasadne i wątpliwe. A c osiec tyczy szpitali, one już teraz nie są w stanie powstawać w wystarczającym tempie, żeby pomieścić wszystkich ludzi chorujących z powodu żywności złej jakości, zatwierdzonej przez rząd. Nie mów mi więc o chorych ludziach. Problem polega na tym, że żywność jest regulowana na szczeblu federalnym.

Nasze hrabstwo chciało spróbować rozwiązania, takiego próbował jak stan Maine, mimo iż był w swych zamiarach bardzo agresywni, rząd federalny im nie pozwolił; jeśli nie pozwolił władzom stanowym, tym bardziej nie pozwoli lokalnym. czy stanowym nie pozwolił.

Niby mamy przepisy dotyczące żywności domowej, zauważcie jednak, że nie dotyczy to mięsa, nabiału ani drobiu, które stanowią 50% wydatków na artykuły spożywcze. W amerykańskim budżecie 25% obejmują produkty suche, 25% produkty świeże, i aż 50% stanowi białko zwierzęce. Jeśli więc naprawdę chcemy zająć się systemem żywnościowym, musimy zająć się sektorem zwierzęcym, a ten akurat został objęty regulacjami federalnymi. Z tego względu nie można kupić w naszym hrabstwie steka z kością, który byłby w tym hrabstwie wyhodowany i przetworzony. Aby kupić stek z kością z mojej krowy, krowa ta musi zostać przewieziona autostradą międzystanową do federalnego zakładu przetwórczego, a dopiero stamtąd możemy ją ponownie sprowadzić do gospodarstwa.

Każdy stek z kością, który widzicie w tej zamrażarce, musiał zostać wywieziony z naszej farmy i wrócić zamrożony, abym mógł go wam sprzedać jako stek z kością z krów, które znajdują się 15 m stąd i są szczęśliwe, że nigdy nie opuszczą farmy w ten sposób. Moglibyśmy zatrzymać tutaj ich wnętrzności. Moglibyśmy je kompostować. Nie, nie wolno! One muszą trafić do utylizacji. W rzeczywistości, jeśli chcielibyśmy przywieźć wnętrzności z powrotem na farmę, musielibyśmy użyć tej samej przyczepy, którą przewieźliśmy 15 wołów do zakładu „przetwórczego”, tej samej przyczepy z 50-galonowymi beczkami, która trzy godziny temu przewiozła tam zwierzęta żywe, które teraz są martwe.

Przywozimy wnętrzności z powrotem, a jakże. Jednakże teraz są one materiałem niebezpiecznym, który wymaga licencji na transport materiałów niebezpiecznych i ostatecznie nie może być transportowany drogami lokalnymi. Przepisy dotyczące bezpieczeństwa żywności nie mają nic wspólnego z bezpieczeństwem żywności. Wszystkich innych substancji niebezpiecznych: leków na receptę, fentanylu, metamfetaminy, kokainy, wymień dowolną substancję, nie można kupić. Nie można ich rozdawać. Nie można ich posiadać, a już na pewno nie można nimi karmić swoich dzieci. W przypadku żywności zakaz dotyczy tylko….sprzedaży. Można tę żywność kupić, można jej używać, można nią karmić swoje dzieci, można karmić nią nawet sąsiadów, można ją rozdawać. Nie można jej tylko sprzedawać!

A więc kto tu dba o bezpieczeństwo żywności? Gdyby rzeczywiście zabicie wołu na moim polu i wycięcie z jego tuszy steka z kością i sprzedanie go było niebezpieczne, nie mógłbym go nikomu podarować czy rozdawać. Nie można byłoby go kupić i na pewno nie wolny byłoby karmić nim swoich dzieci. Hipokryzja tego jest tak rażąca, że aż przekracza granice wyobraźni.

Zalety proklamacji emancypacji żywności

Oto kilka z nich: po pierwsze, produkcja nigdy nie opuściłaby gospodarstwa w celu jej przetworzenia. Przyniosłoby to od 30 do 40% oszczędności na cenie lokalnej żywności. Nam, nazywanym elitom zajmującym się lokalną żywnością, ludzie zarzucają, że jesteśmy drodzy: Patrzcie, jak drogie są wasze produkty! Cóż, jeśli tak jest, to głównie dlatego, że próbujemy wcisnąć produkt rzemieślniczy w paradygmat towaru przemysłowego, a to nie działa. Harvard Business Review przeprowadził badanie porównujące wyroby rzemiosła z produktami przemysłowymi. Ludzie zarabiają na towarach przemysłowych. Oczywiście. Ludzie zarabiają na wyrobach rzemieślniczych. To też oczywiste. Problem pojawia się wtedy, gdy wyrób rzemiosła próbuje stać się produktem przemysłowym, albo towar przemysłowy próbuje stać się wyrobem rzemieślniczym. I oto mamy do czynienia z wyrobem rzemieślniczym, który jest wciskany w paradygmat przemysłowy - a to nie działa. Drogie rzemieślnicze produkty spożywcze z trudem konkurują z seryjnie produkowanymi towarami przemysłowymi.

Po pierwsze, produkcja powinna pozostać w gospodarstwie wraz ze wszystkimi tego korzyściami i skutkami. Po drugie, strumienie odpadów produkcyjnych są wtedy zintegrowane z innymi przedsiębiorstwami rolniczymi. Możemy np. kompostować wnętrzności. Jeśli produkujesz ser, możesz nimi karmić świnie, zwierzęta jadalne i tym podobne. Tworzy to zasadniczo zamknięty, zintegrowany system węglowy i żywnościowy. Jednym z największych problemów naszego systemu żywnościowego, jest jego segregacja. Zniszczyliśmy wszystkie te piękne, synergiczne, symbiotyczne relacje. Dlaczego kurczaki i świnie znajdowały się w sąsiedztwie gospodarstwa? Ponieważ zjadały resztki kuchenne i śmieci z ogrodu. A kiedy je wszystkie zabieramy z gospodarstwa, pozostajemy te pętle niezamknięte. Po trzecie, istnieje ekonomiczna szansa dla nowych przedsiębiorczych rolników, którzy mają dostęp do rynku detalicznego. Spotykam tysiące rolników i drobnych hodowców w całym kraju, którzy mogliby z łatwością utrzymać się z pracy na pełen etat na 10-akrowej działce. Wystarczyłoby, żeby mogli sprzedawać swoje produkty detalicznie. Po czwarte, przystępny wybór dla kupujących; jeśli otworzymy opcję wyboru żywności, trudno sobie nawet wyobrazić do jakich korzyści by to doprowadziło. Domowa kiełbasa cioci Alice, dojrzewające wędliny wujka Jima, byłoby wiele takich opcji. Trudno jest je sobie nawet wyobrazić. Interesująca jest także opcja numer pięć? Pustki żywnościowe zostałyby wyeliminowane, a każdy wolny teren w mieście, w pobliżu którego mieszka przedsiębiorczy lokator, mógłby służyć do uprawy żywności i sprzedaży jej sąsiadom.

Gdyby jednak dzisiaj ktoś uprawiał tam żywność i przygotował potrawkę dla mieszkańców kompleksu mieszkaniowego, w ciągu pięciu minut od momentu sprzedaży pierwszej porcji dobrowolnemu, świadomemu nabywcy, do drzwi zapukałoby sześciu urzędników. To nie jest strefa przeznaczona do prowadzenia działalności gospodarczej. Gdzie jest gaśnica? Gdzie jest oddzielna toaleta? Gdzie jest plan zabezpieczenia? Gdzie jest łańcuch chłodniczy? Gdzie wszystkie te rzeczy…? Tak utrzymują się pustynie żywnościowe. Po szóste, zlikwidowalibyśmy oligarchię. Bernie Sanders i AOC jeżdżą po kraju nawołując: trzeba powstrzymać oligarchię biznesową. Trzeba powstrzymać oligarchię! Cóż, jedynym sposobem, jaki potrafią sobie do tego celu wyobrazić i oligarchię zatrzymać, jest jeszcze większy program rządowy; kolejna agencja, która będzie nadzorować tę…oligarchie. Tak właśnie robimy od stulecia. I zobaczcie, dokąd nas to doprowadziło. Upton Sinclair uważał, że w 1906 r. istniał monopol siedmiu firm kontrolujących dostawy mięsa przez 50 lat. Dzisiaj, po masowej interwencji rządu mającej na celu ochronę naszego systemu żywnościowego, cztery firmy kontrolują 85% rynku. Uważacie, że to jest wolny rynek.

Powodem, dla którego jesteśmy tak skonsolidowani i scentralizowani, nie jest wolny rynek. Lecz to, że od ponad wieku rząd ingeruje w rynek, wprowadzając niekorzystne koncesje i regulacje. Sprawiają one, że duże przedsiębiorstwa są tańsze w prowadzeniu niż małe. I po siódme, i wreszcie, że wszystko to można osiągnąć bez udziału agencji rządowych, bez wydatków, bez biurokratów i bez podwyższonych podatków.

Co się wam tutaj nie podoba? Jak najszybciej i najłatwiej wprowadzić zmiany? Nie jestem abolicjonistą, zapytajmy jednak, czy najlepszym sposobem na omawianą zmianę jest kryminalizacja tego, czego nie lubimy? Sugeruję, abyśmy osiągnęli nasz cel szybciej i łatwiej, tworząc funkcjonalną kolej podziemną.

Kilka lat temu przemawiałem na uczelni w Kalifornii do grupy studentów zgromadzonych w sali wykładowej. Podczas sesji pytań i odpowiedzi coś skłoniło mnie do zadania spontanicznego pytania. Powiedziałem: „Chcę zobaczyć podniesione ręce: ilu z was uważa, że aby zjeść marchewkę z własnego ogrodu, inspektor rządowy powinien poświadczyć, że jest ona bezpieczna do spożycia?”. Podniosła się jedna trzecia rąk. Tak, to było w Kalifornii.

Chcę jednak, żebyście teraz przez chwilę pomyśleli: najszybszą drogą do zdrowia jest dobre jedzenie. A najszybszą drogą do dobrego jedzenia jest uwolnienie rolników i nabywców od kontroli żywności, policji i niewolnictwa. Nie przepraszam więc. Jakie jest moje marzenie? Jaki jest mój cel? Powiem wam, moim marzeniem jest 30 minut z Trumpem. Wierzę, że gdybym przedstawił tę propozycję Trumpowi, byłby nią zainteresowany. Co może być bardziej trumpowskie niż naród ogłaszający emancypację żywnościową?

Na koniec powiem tak: co nam daje wolność modlitwy, głoszenia kazań i odbywania zgromadzeń, jeśli nie wolno nam nam wybrać paliwa dla naszych ciał? Jak mamy się modlić, głosić kazania i gromadzić się bez takiego paliwa? Jedynym powodem, dla którego nasi założyciele nie zagwarantowali nam prawa wyboru żywności, jest to, że nie mogli sobie wyobrazić dnia, w którym nie będzie można kupić szklanki surowego mleka od sąsiada. Nie będzie można kupić od sąsiada domowej kiełbasy, sałatki z pomidorów czy zupy pomidorowej. Nie mogli sobie tego wyobrazić. A my w takim świecie dzisiaj żyjemy!

Sugeruję, że to proklamacja emancypacji żywnościowej jest sposobem na rozwiązanie wielu kwestii i problemów. Nie regulacje! Najbardziej paraliżującą obywateli rzeczą, jaką władza może im uczynić, jest stwierdzenie, że jedynym sposobem rozwiązania naszego problemu są regulacje. To najbardziej pozbawiająca obywateli mocy rzecz, jaką można im zrobić. Obywatele, najskuteczniejszym sposobem rozwiązania problemów społecznych jest umożliwienie oddolnej przedsiębiorczości i zapewnienie tysiącom producentów żywności dostępu do rynku. Właśnie to osłabi oligarchię, da nam swobodę wyboru żywności, zapewni bezpieczne, pewne i stabilne dostawy żywności. Mamy być w tym jak ogromna flotylla zwinnych łodzi motorowych, a nie wielki, nieruchawy lotniskowiec. Ilu z was się z tym zgadza? Więc zróbmy to. Niech wszystkie wasze marchewki rosną długie i proste. Niech wasze rzodkiewki będą duże, ale nie mięsiste. Niech kwitnienie i gnicie pomidorów dotknie pomidory waszego sąsiada z Monsanto. Niech kojoty oślepną na widok waszych kurczaków na pastwisku. Niech wszystkie wasze kulinarne eksperymenty będą smakowite. Niech deszcz pada łagodnie na wasze pola, a wiatr zawsze wieje w plecy. Niech wasze dzieci nazywają was błogosławionymi. Wszyscy razem uczyńmy nasze gniazdo lepszym miejscem niż to, które odziedziczyliśmy. Niech Bóg was błogosławi.

Dziękuję!

Na podst. „Who is Robert Malone” opr. Jan Fijor