W zeszłym tygodniu w Wall Street Journal ukazał się świetny artykuł autorstwa Marka Heckmana, wiceprezesa Global Farmer Network i producenta bydła, kukurydzy i świń, który trafił w sedno. Rzadko zgadzam się z tymi ludźmi, ale tym razem trafił w dziesiątkę.

Dla tych, co nie mieli okazji go przeczytać informuję, że autor zasadniczo krytykuje Trumpa za szkodliwość ceł dla rolnictwa. Pisze: „Wysokie koszty nawozów i niskie ceny soi sprawiły, że w tym roku trudno jest związać koniec z końcem. Jesteśmy na skraju najgorszego kryzysu rolnego w kraju od lat 80. Wojny handlowe pana Trumpa są dużą częścią problemu. Kosztowały mnie i innych rolników bardzo dużo”.

Chyba powinienem wybaczyć mu nieetyczne odwrócenie „mnie” w ostatnim zdaniu – zawsze należy stawiać siebie na końcu. Ale on jest prawdopodobnie uzależniony od muzyki country, która ciągle to niegramatyczne odwrócenie stosuje i generalnie używa „mnie”, kiedy powinno być „ja”. Myślę, że więcej słów rymuje się z „mnie” niż z „ja”. Ale to dygresja.

Następnie pisze, że „większość mojej [soi] pozostanie niesprzedana w magazynie” porównując to do 275 milionów buszli tego zboża, które Chiny zamierzają kupić od Argentyny. Następnie pisze: „Wiele mediów opisuje potencjalne wypłaty pomocy dla amerykańskich producentów soi jako „pakiet ratunkowy”. Ja uważam to za policzek. Pieniądze nie zrekompensują nawet w najmniejszym stopniu strat poniesionych przez rolników”.

Tę część artykułu postrzegam jako typowe, konwencjonalne narzekanie, ale ostatni akapit jest naprawdę mocny: „Rząd powinien przestać przeszkadzać amerykańskim rolnikom i pozwolić działać siłom rynkowym. Nie dawajcie nam jałmużny. Pozwólcie nam sprzedawać to, co uprawiamy, ludziom, którzy chcą to kupić, w kraju i za granicą”.

Uspokój się, moje bijące serce. Czy on chce zlikwidować dotacje? Zlikwidować dotowany etanol, który pochłania połowę amerykańskich zbiorów kukurydzy? Zlikwidować przepisy dotyczące żywności, które nie pozwalają mi sprzedawać sąsiadowi potrawki z kurczaka? Albo domowego chleba kukurydzianego? Czy to możliwe, że całe to zamieszanie na terenach rolniczych sprawia, że nawet diabeł chce zatańczyć z libertariańskimi aniołami? Wydaje się to zbyt daleko idącą fantazją, a jedyne, co możemy zrobić, to spojrzeć na to, co mówi ten człowiek, i powiedzieć: „Amen, bracie”.

Czy uważasz, że Global Farmer Network [non-profit organizacja rolnicza, założona w 2000 roku której celem jest wzmocnienie głosu rolników na arenie globalnej w kwestiach związanych z: wolnym handlem rolnym, dostępem do nowoczesnych technologii (w tym biotechnologii, GMO, precyzyjnego rolnictwa), zrównoważonym rolnictwem (np. regenerative agriculture), bezpieczeństwem żywnościowym, wzrostem gospodarczym i redukcją ubóstwa] podpisałaby się pod PROKLAMACJĄ EMANCYPACJI ŻYWNOŚCIOWEJ [ stworzony przez Salatina dekret/apel, który domaga się "wyzwolenia" systemu żywnościowy spod nadmiernych regulacji rządowych (federalnych i stanowych w USA). Chodzi w nim m.in. o umożliwienie bezpośredniej sprzedaży żywności między sąsiadami, rolnikami a konsumentami (np. surowe mleko, domowe przetwory, mięso z małych ubojów) bez konieczności spełniania kosztownych wymagań przemysłowych (licencje, inspekcje FDA/USDA). Salatin porównuje obecne regulacje do "tyranii" lub "niewoli żywnościowej" – konsumenci mają wolność wyboru w wielu sferach życia (np. sypialnia, łazienka, aborcja), ale nie w kuchni. Propozycja ma na celu: obniżenie cen lokalnej żywności (o 30–40%, bo bez kosztów transportu i przetwarzania przemysłowego); wsparcie małych rolników; zwiększenie bezpieczeństwa żywnościowego (mniej zależności od wielkich korporacji); walkę z oligopolem w przemyśle spożywczym]? Naprawdę?

Opr. JB

GRUDZIEŃ 2025

Prezydent Trump oficjalnie planuje wydrukować 12 miliardów dolarów (pieniądze, które nie istnieją) i przekazać je rolnikom uprawiającym soję, którzy cierpią z powodu załamania cen spowodowanego chińskimi retorsjami w związku z cłami. Jeśli nie zapoznaliście się Państwo z informacją, w 2024 r. Stany Zjednoczone wyeksportowały 50% swojej soi, a Chiny kupiły połowę tej ilości, co oznacza, że Chiny kupiły jedną czwartą amerykańskich zbiorów.

Podczas gdy rolnicy uprawiający soję mają w tym roku stracić 100 dolarów w przeliczeniu na akr [0,4 ha], ceny wołowiny są najwyższe w historii. Pierwszą reakcją prezydenta Trumpa było obwinienie rolników i hodowców za chciwość, jednakże nie minęły nawet 24 godziny, a sprzeciw ze strony jego konserwatywnej wiejskiej bazy wyborczej zmusił go do zmiany stanowiska i obwinienia o zmowę i korupcję czterech największych przetwórców, którzy obsługują 85 procent amerykańskiego rynku wołowiny. W 1980 roku te cztery firmy obsługiwały tylko 36 procent rynku.

Mimo iż jest ta konsolidacja, koncentracja i centralizacja są zamierzone i trudno im udowodnić korupcję, na temat tej monopolizacji toczy się od lat nieustająca debata. Wątpię, aby ktokolwiek kiedykolwiek został o coś oskarżony, nawet jeśli jest winny.

Chcę jednak zwrócić uwagę na coś innego; na względność cen. W 1961 roku, kiedy moi rodzice kupili główną posiadłość, na której ostatecznie powstała firma Polyface, cena za akr ziemi wynosiła 90 dolarów. Na jednym akrze można było wyhodować pół cielęcia. W tym czasie cielęta sprzedawano po około 180 dolarów za sztukę, w wadze żywej, co oznacza, że połowa cielaka kosztowała 90 dolarów. Patrząc z innej perspektywy, jeden akr wystarczałby na wyżywienie około jednej piątej krowy i jej cielęcia do momentu odstawienia go od piersi.

Cielę było warte 180 dolarów, więc jedna piąta kosztowałaby około 35 dolarów za akr. Oznacza to, że w ciągu trzech lat produkcja byłaby równa wartości rynkowej ziemi (35 dolarów x 3 lata = 105 dolarów). Dzisiaj ta ziemia jest warta 9000 dolarów za akr. Aby uzyskać ten sam stosunek produkcji do wartości rynkowej (jedna trzecia wartości rynkowej rocznie), potrzebne byłoby cielę warte 15 000 dolarów (jedna piąta to 3000 dolarów). Tymczasem, dzisiaj takie same cielęta sprzedają się po 2000 dolarów za sztukę i wszyscy wpadają w panikę.

Szczerze mówiąc, nasza posiadłość była zniszczoną, pokryta wyrwami skalną kupą. Załóżmy więc, że cena gruntów rolnych w naszej okolicy, gdyby była przyzwoita, wyniosłaby dwukrotnie więcej (180 dol. za akr) niż to co za swoją ziemię zapłaciła nasza rodzina Nagle nasze obliczenia dają równowartość 7500 dolarów, co nadal jest prawie czterokrotnością kwoty, jaką rolnicy otrzymują obecnie za to „chodzące złoto”, czyli za cielęta.

To właśnie, moi drodzy, jest efektem dziesięcioleci interwencji rynkowych USDA [amerykański odpowiedni ministerstwa rolnictwa] mających na celu zagwarantowanie tanich produktów spożywczych. Dlaczego tracimy rolników? Możemy za to winić wiele czynników, ale ogólnie rzecz biorąc, ceny żywności nie nadążają za ogólnymi kosztami gospodarstwa. Tę samą analizę proporcji można zastosować do robocizny, maszyn, budynków, ubezpieczeń.

Gdybyśmy mieli podobne proporcje do dzisiejszych wydatków, mielona wołowina kosztowałaby ponad 25 dolarów za funt. Nawiasem mówiąc, przywróciłoby to historyczną normalność cenową. W 1980 roku Amerykanie wydawali 18 procent swoich dochodów na żywność. Dzisiaj jest to 9 procent. W 1960 roku było to 25 procent. Również w tym przypadku współczynniki wynoszą około 3: jeśli mielona wołowina kosztuje obecnie 8 dolarów, to 3 razy więcej to 24 dolary, a 4 razy więcej (1960) to 32 dolary.

Można bawić się liczbami przez cały dzień, ale wszystkie one prowadzą do podobnych wniosków. Kiedy kultura czci politykę tanich produktów spożywczych, aby za uzyskane oszczędności gromadzić rzeczy i rozrywkę, nasza żywność zamienia się w śmieci, a relacje międzyludzkie w papkę. Dopiero gdy przywrócimy rolnikom – dobrym rolnikom – znaczącą pozycję, inne bolączki społeczne zaczną się leczyć.

Ciekawe, jak wyglądałyby wydatki Amerykanów, gdyby przyzwoite, nieprzemysłowe hamburgery były trzy razy droższe? Na czym by musieli oszczędzić, żeby pokryć wyższą cenę zdrowej wołowiny?

Joel Salatin

Prawie raz w tygodniu jeżdżę na lotnisko w Charlottesville i piszę to na lotnisku w Charlotte, czekając na kolejny lot do Dayton w stanie Ohio, gdzie jutro mam konsultację w sprawie gospodarstwa rolnego. Lotnisko znajduje się dokładnie 55 minut od naszego domu, po drugiej stronie gór Blue Ridge, od doliny Shenandoah do Piedmont w Wirginii. Autostrada międzystanowa 64 prowadzi do Charlottesville i oferuje spektakularne widoki poniżej, gdy mija się szczyt góry Afton.

Podczas tej 30-minutowej podróży autostradą minęły mnie trzy ciągniki siodłowe z naczepami, przewożące indyki do zakładów przetwórstwa drobiu w Harrisonburgu, jadące na zachód, podczas gdy ja jechałem na wschód. Zbliża się Święto Dziękczynienia, a ponieważ w ciągu ostatnich kilku tygodni przetworzyliśmy nasze własne indyki, zwróciłem uwagę na to, jak brudne były te indyki

Nasze są lśniąco białe, dosłownie śnieżnobiałe. Wyglądają, jakby były umyte szamponem i nieskazitelnie czyste. Indyki w tych ciężarówkach mają takie same geny jak te, które hodujemy – są to białe indyki o szerokich piersiach, przypominające samochody wyścigowe Nascar – ale sposób ich produkcji jest odrażający. Żyjąc całe życie bez dostępu do świeżego powietrza i słońca, stłoczone w ogromnych budynkach, oddychając własnymi odchodami, nie mogąc uciec na czystą ziemię i nigdy nie doświadczając radości z polowania na świerszcze lub koniki polne, ich upierzenie pokrywa się odchodami. Pióra wyglądały na matowo żółtawo-brązowe.

Jakie to straszne znieważenie odpowiedzialności za środowisko, aby wziąć tak wspaniałego ptaka jak indyk i nigdy nie pozwolić mu osiągnąć swojej indyczości. Jeśli kiedykolwiek mieliście przywilej zobaczyć stado szczęśliwych indyków na pastwisku, wiecie, o czym mówię. Ich żywe oczy i jaskrawoczerwone głowy kołyszą się na śnieżnobiałym upierzeniu, gdy biegają, wyglądając jak prehistoryczne stworzenia, od źdźbeł trawy do koników polnych, radośnie ćwierkając i gdakając. Indyk, jak mi powiedziano, ma około 31 opcji głosowych w porównaniu z 16 opcjami u kurczaka.

Zamiast odczuwać radość z okazji Święta Dziękczynienia, poczułem zawstydzający smutek, że amerykańskie rolnictwo upadło tak nisko, a amerykańscy nabywcy są tak obojętni na ekspresyjne piękno żywego indyka w naturalnym środowisku.

Te rozważania sprawiły, że po raz kolejny zwróciłem uwagę na splątany bałagan drzew wzdłuż autostrady i na pasie rozdzielającym. W Europie jedną z najbardziej uderzających cech poboczy autostrad są starannie przycinane i pielęgnowane drzewa wzdłuż obszarów transportu publicznego, niezależnie od tego, czy są to linie kolejowe, czy autostrady. Myślę, że bogactwo naszego kraju sprawiło, że nie doceniamy zasobów.

Te pobocza transportowe można by znacznie ulepszyć, sadząc dobre drzewa zamiast śmieciowych. Martwą, wygiętą, chorą i zbyt gęstą biomasę można by rozdrobnić na wióry i wykorzystać jako nawóz poprzez kompostowanie. Moglibyśmy nawet sadzić drzewa owocowe wzdłuż kilometrów dróg publicznych. We Włoszech każda autostrada w kształcie koniczyny jest pełna ogrodów warzywnych. Ludzie czasami nocują tam w weekendy i pielęgnują swoje warzywa. Nie mam pojęcia, jak im to przydzielają, kto co dostaje, ale tworzy to bogaty i piękny krajobraz, gdziekolwiek spojrzysz.

My, Amerykanie, po prostu nie dbamy o to. W okresie Święta Dziękczynienia zachęcam nas wszystkich do zastanowienia się, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, mając dobry klimat, obfite zasoby wody i bogate zasoby naturalne. Czy doceniamy to wystarczająco, aby o to dbać? Aby w tym pracować? Aby nabawić się modzeli na rękach od instynktownej troski i uczestnictwa w bogactwie danym nam przez Boga?

A może jesteśmy tak zajęci meczami piłki nożnej, sprawdzaniem TikToka i śledzeniem Taylor Swift, że omijające nas żałosne indyki i plątanina bezużytecznych drzew nigdy nie pojawiają się w naszej świadomości? Po napisaniu książki „SALAD BAR BEEF” [Wołowy bar sałatkowy] czytelnicy mówili mi: „Zrujnowałeś nam niedzielne popołudnia spędzane na przejażdżkach po wiejskich drogach, ponieważ teraz na każdym zakręcie widzimy nadmierny wypas i erozję. To, co uważaliśmy za piękne, teraz postrzegamy jako destrukcyjne”.

Nie wyobrażam sobie większego komplementu dla kaznodziei zajmującego się zarządzaniem. Otwarcie oczu i nowa świadomość to początek zmiany kulturowej.

Co zauważasz w kwestii zagrożeń i możliwości związanych z zarządzaniem w miejscu, w którym mieszkasz i dojeżdżasz do pracy? Czy obchodzi cię to?

Komentarze (17)

Eve 7 godzin temu · 2 polubienia

Mieszkam na wyspie Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie. W tym roku zamówiłam lokalnego indyka hodowanego w małej farmie (wciąż żywego, na Boże Narodzenie). Będzie to kosztowało małą fortunę, ale jestem wdzięczna, że mogę za to zapłacić, ponieważ nie chcę już nigdy więcej uczestniczyć w torturach zwierząt, o których piszesz, jeśli tylko mogę temu zapobiec.

Sam Bainbridge 8 godzin temu · 2 polubienia

Dobrze powiedziane.

Mam 19 lat i założyłem swoją małą farmę, gdy miałem 11 lat (z pomocą rodziców i rodzeństwa) i mogę bez wątpienia powiedzieć, że indyki są moimi ulubionymi zwierzętami do hodowli, od pierwszych kilku indyków, które hodowałem w wieku 10 lat na targach stanowych w Karolinie Północnej, po 18, które właśnie przetworzyliśmy w zeszłym tygodniu. Są pełne energii, rozmowne i fajnie się nimi opiekować, a na pastwisku są TAK szczęśliwe.

Dorastając w środkowej Karolinie Północnej, zauważyłem, że większość rolników wydaje się po prostu próbować zarobić pieniądze i nie dbają o tworzenie dobrych, zdrowych produktów, którymi mogłyby cieszyć się rodziny, ani o dobre, zdrowe środowisko, w którym zwierzęta mogłyby się rozwijać. Zamiast tego są to wielkie, warte pół miliona dolarów kurniki i indyczarnie oraz chlewnie Smithfield.

W okolicy jest kilka gospodarstw, które stosują rolnictwo regeneratywne, ale nadal widzę potrzebę tworzenia kolejnych i chcę pomóc w edukowaniu ludzi w tej kwestii. Dziękuję panu Salatinowi za ogromną inspirację przez te wszystkie lata i za dzielenie się swoją wiedzą, która bardzo pomogła mi w rozwoju mojej farmy.

Sam, (Green Eggs and Sam farm)

„Wielkość narodu i jego postęp moralny można ocenić po tym, jak traktuje zwierzęta”.

Mahatma Gandhi

River Yeo Godzinę temu · 0 polubień

Mieszkam w Azji i niestety takie podejście przekłada się również na takie rzeczy, jak nieusuwanie bezpańskich psów, które gryzą ludzi. Albo pozwalanie porzuconym krowom na swobodne poruszanie się i jedzenie śmieci przydrożnych... Wszystkie zwierzęta najlepiej rozwijają się, gdy są pod opieką LUDZI. Jesteśmy zarządcami ziemi!

lois 5 godzin temu · 1 polubienie

Od wielu lat interesuję się naszymi „systemami żywnościowymi” i staram się wspierać lokalnie hodowane mięso i produkty rolne, kiedy tylko jest to możliwe. Wierzę, że w ten sposób możemy wprowadzać zmiany. To, gdzie trafiają pieniądze, ma znaczenie. Właśnie skończyłam czytać książkę Michaela Pollana „Dylemat wszystkożercy” i bardzo podobały mi się rozdziały poświęcone wizycie i pracy na Twojej farmie. Życzę Ci wszystkiego najlepszego w dotarciu do innych osób, które mają możliwość uprawiania roli tak jak Ty. Myślę, że możemy znajdować się w punkcie zwrotnym, ponieważ coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z znaczenia dobrze pozyskiwanej żywności.

ROBERT W MALONE MD, MS

21 LIPCA

Earl Butz pełnił funkcję sekretarza rolnictwa w rządach prezydentów Richarda Nixona i Geralda Forda, a pod koniec lat 50. był zastępcą sekretarza w rządzie Eisenhowera. Jego prawie dziewięcioletnia kadencja zapewniła, że radykalna polityka, sprzyjająca wielkopowierzchniowym praktykom rolniczym, mocno zakorzeniła się w rządzie federalnym. Radykalne zmiany gospodarcze i regulacyjne, które miały miejsce podczas kadencji Butza jako sekretarza USDA, doprowadziły do szybkiego upadku amerykańskich rodzinnych gospodarstw rolnych na rzecz dużych przedsiębiorstw rolniczych. Katastrofalne skutki były odczuwalne w sferze gospodarczej, środowiskowej i społecznej. Do dziś kształtują one rolnictwo i życie na obszarach wiejskich w Stanach Zjednoczonych.

W wyniku tej polityki rolnej małe miasteczka podupadły, ponieważ ludzie opuszczali rodzinne gospodarstwa w poszukiwaniu lepszych możliwości. Ci, którzy zostali, borykali się z wieloma trudnościami ekonomicznymi. Powstała zależność od państwa opiekuńczego, a ubóstwo stało się powszechną cechą amerykańskich obszarów wiejskich. Ci, którzy mogli wyjechać, w tym całe pokolenia młodych dorosłych, opuścili swoje rodziny i dalszych krewnych, aby znaleźć lepsze życie w dynamicznie rozwijających się przedmieściach i miastach w całym kraju. Jak powiedział sam Butz:

„Mniej rolników oznaczało więcej pracowników fabryk. Więcej pracowników fabryk oznaczało więcej telewizorów, pralek, wanien, samochodów i, co najważniejsze, zysków”.

„Dostosuj się lub zgiń”.

„Zostań wielkim albo odejdź”

Sekretarz rolnictwa Earl Butz

Przejście na scentralizowany system żywnościowy, wraz z dotacjami dla upraw towarowych, takich jak kukurydza, owies, pszenica i soja, a także pojawienie się wielkich gospodarstw drobiarskich i hodowlanych, przyniosło korzyści przede wszystkim dużym gospodarstwom przemysłowym i agrobiznesowi (oraz finansistom z Wall Street), pozostawiając małych, zróżnicowanych rolników bez szans konkurencji.

Przyczyny tych radykalnych zmian były złożone. Butz uważał, że modernizacja rolnictwa oznacza przyjęcie metod przemysłowych i zwiększenie skali produkcji. Poprzez zachęcanie do „działaj na dużą skalę albo wycofaj się”, jego wizją było zwiększenie wydajności, obniżenie kosztów i maksymalizacja plonów. Jednym z powszechnych uzasadnień było to, że Stany Zjednoczone mają moralny obowiązek wyżywić świat.

Polityka miała na celu produkcję większej ilości żywności po niższych cenach, dzięki czemu podstawowe produkty spożywcze stałyby się szeroko dostępne dla konsumentów. Zmuszając rolników do produkcji „od ogrodzenia do ogrodzenia”, Butz zamierzał zalać rynek niedrogą żywnością. Tak właśnie się stało. Ale jakim kosztem?

Butz postrzegał kontrolę podaży i wsparcie cenowe z czasów Nowego Ładu jako przestarzały „socjalizm”. Twierdził, że zniesienie tych programów i pozostawienie cen siłom rynkowym sprawi, że rolnictwo stanie się bardziej samowystarczalne i mniej zależne od rządowych dopłat. Tak się jednak nie stało. Dotacje rządowe nie zostały zniesione, a wręcz przeciwnie – były kontynuowane i zwiększone, ale często miały formę bezpośrednich płatności związanych z produkcją, kredytów rolniczych i ubezpieczeń upraw, a nie gwarancji cenowych i limitów produkcji. Z czasem zmiany te zachęciły do jeszcze większej produkcji, sprzyjając wielkoskalowemu, wysokowydajnemu rolnictwu, szczególnie w przypadku upraw przemysłowych zbóż.

Rząd wierzył, że nadprodukcja żywności może zwiększyć eksport i przekształcić żywność w narzędzie geopolityczne, a niektórzy mogliby powiedzieć, że w broń geopolityczną. Najwyżsi urzędnicy postrzegali bogactwo rolnicze Ameryki jako sposób na zwiększenie eksportu i wzmocnienie geopolitycznych wpływów Stanów Zjednoczonych. Strategia ta obejmowała przekazywanie dużych darów żywnościowych krajom słabiej rozwiniętym, co zakłóciło lokalne praktyki rolnicze. W rezultacie ludność wiejska w krajach słabiej rozwiniętych często zaprzestała produkcji własnej żywności i stała się zależna od niskiej jakości żywności produkowanej masowo przez rząd USA. Zamiast wyżywić świat, jak przewidywał Butz, te dostawy żywności zostały wykorzystane jako narzędzie polityczne przez lokalne elity. Kraje pozostały tak samo zagrożone brakiem bezpieczeństwa żywnościowego jak dotychczas, a okresowe klęski głodu pogłębiały wysiedlenia i konflikty. Ponadto upadek małych tradycyjnych gospodarstw rolnych oznaczał, że kraje te nie były już niezależne, ale musiały polegać na pomocy USA, aby przetrwać. Z punktu widzenia geopolitycznej struktury władzy było to zwycięstwem Departamentu Stanu i tajnych służb – tego, co obecnie nazywamy „głębokim państwem”.

Dziś sytuacja nie jest lepsza.

Według spisu rolnego przeprowadzonego przez Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych w 2022 r., w latach 2017–2022 zlikwidowano ponad 141 000 gospodarstw rolnych. Oznacza to spadek o około 7% w tym okresie. W ten sposób rosnące obciążenia regulacyjne zainicjowane przez Butza trwają do dziś i nadal pogłębiają upadek społeczności rolniczych w całym kraju.

Butz i inni decydenci postrzegali migrację ludności z małych gospodarstw rolnych do miast w Stanach Zjednoczonych jako część niezbędnej modernizacji gospodarczej (i mobilizacji) potrzebnej do dalszego wzrostu gospodarczego. Uważali, że konsolidacja gospodarstw rolnych uwolni siłę roboczą dla przemysłu, co z kolei doprowadzi do szerszego wzrostu gospodarczego. Sekretarz USDA Butz i ówczesna administracja Białego Domu, w której służył, potępili politykę rolną z czasów Nowego Ładu jako socjalistyczną. Następnie jednak przystąpili do wdrażania polityki, która miała wypędzić ludzi z ziem należących do ich rodów od pokoleń. Zrobili to, aby kontrolować rynki rolne i zapewnić siłę roboczą dla przemysłu w obszarach miejskich. Nie zdawali sobie sprawy, że w zasadzie tworzą formę gospodarki nakazowej, ponieważ rząd zmuszał ludzi do opuszczenia swoich ziem w procesie wyniszczania. Kontrolując, kto może uprawiać ziemię, ich potajemna polityka „gospodarki nakazowej” nie była lepsza od polityki reżimów socjalistycznych lub komunistycznych, które rzekomo tak bardzo pogardzali.

Rolnictwo wymaga różnorodnych umiejętności i znacznych nakładów kapitałowych, aby rozpocząć działalność. Gdy ludzie opuścili rodzinne gospodarstwa, nie było już odwrotu. W rezultacie bogactwo zgromadziło się w rękach dużych przedsiębiorstw rolniczych i wysoce wydajnych gospodarstw. Natomiast mniejsi rolnicy stanęli w obliczu ubóstwa i utraty rodzinnych ziem. Spowodowało to, że mieszkańcy wsi musieli podjąć niskopłatną pracę gdzie indziej. Przewidywany wzrost gospodarczy przyniósł korzyści przede wszystkim bogatym, a nie klasie średniej czy ubogim pracownikom. Najstarsza historia w historii.

Wyczerpanie gleby – przyczyny i skutki

Wreszcie, po dziesięcioleciach szkodliwej polityki federalnej, pojawiła się szansa na ponowne przemyślenie rolnictwa w Stanach Zjednoczonych i odejście od dyktatu USDA z czasów Nixona, który głosił: „bądź duży albo znikaj”. Wątpliwe praktyki rolnicze, takie jak stosowanie nawozów na bazie ropy naftowej, pestycydów i herbicydów, a także automatyzacja, zyskały na znaczeniu kosztem ogólnej żyzności gleby i dostępności mikroelementów. Wszystko to poświęcono na ołtarzu postępu, aby osiągnąć większą wydajność i rentowność coraz większych gospodarstw.

Rolnicy w Stanach Zjednoczonych nadal stosują kilka wysoce toksycznych pestycydów i herbicydów, z których część została zakazana lub poddana surowym ograniczeniom w innych krajach. Substancje te stanowią zagrożenie dla zdrowia ludzi, pracowników rolnych, konsumentów i środowiska.

Ponadto rolnicy nie polegają już na regeneracji gleby poprzez stosowanie obornika i upraw nawozowych w systemie płodozmianu, zamiast tego stosują nawozy syntetyczne. Jednym z najczęściej stosowanych nawozów jest mocznik, wytwarzany z amoniaku, który z kolei jest zazwyczaj produkowany z gazu ziemnego.

Amoniak wykorzystywany do produkcji nawozów jest wytwarzany głównie w procesie Habera-Boscha, w którym azot z powietrza łączy się z wodorem. Głównym przemysłowym źródłem wodoru jest gaz ziemny (metan). W procesie tym gaz ziemny reaguje z parą wodną, tworząc wodór, który następnie łączy się z azotem, tworząc amoniak. Jest on następnie stosowany jako nawóz płynny lub granulowany do upraw. Tak więc nawóz ten pojawia się dzisiaj, a jutro już go nie ma, ponieważ szybko przedostaje się do strumieni, jezior, a ostatecznie do oceanu.

Spływ tych składników odżywczych powoduje gwałtowny wzrost glonów, powodując „zakwity glonów”, które mogą pokrywać duże obszary wody. Rozkład tych zakwitów powoduje wyczerpanie tlenu w wodzie, tworząc hipoksyczne „martwe strefy”, w których większość organizmów wodnych nie może przetrwać. Przykładem jest „martwa strefa” w Zatoce Meksykańskiej, która jest obszarem hipoksycznym o powierzchni tysięcy mil kwadratowych, spowodowanym głównie przez spływ nawozów z dorzecza rzeki Missisipi.

Konsekwencje dla żywienia

Około pięćdziesiąt dużych rzeźni bydła obsługuje 98% całego bydła w Stanach Zjednoczonych, a 11 największych przetwarza 46%. Tendencja ta wynika głównie z polityki USDA sięgającej czasów sekretarza Earla Butza. Dlatego też niezbędna jest zmiana przepisów federalnych w celu wsparcia lokalnych rzeźni, ponieważ obiekty te mają zasadnicze znaczenie dla zapewnienia dostępu do produktów mięsnych od producenta do konsumenta.

Przepisy rolnicze USDA stworzyły poważne przeszkody dla lokalnych rzeźni. Jednolite standardy, wysokie koszty dostosowania się do przepisów, niedobór inspektorów i nieelastyczne zasady doprowadziły do konsolidacji branży, utrudniając małym, lokalnym i niszowym producentom dostęp do pobliskich usług uboju i przetwórstwa.

Kiedy ludzie stale spożywają nieodżywcze, wysoko przetworzone produkty spożywcze, składające się głównie z chemikaliów, konserwowanego mięsa importowanego, olejów z nasion, zbóż, cukru, węglowodanów prostych i roślin strączkowych, skutkiem tego jest chroniczna epidemia otyłości. Całe produkty spożywcze w postaci warzyw, owoców, orzechów, wysokiej jakości nabiału i mięsa mogą zmienić stan zdrowia Amerykanów. Są to właśnie te produkty, na które USDA w większości przymyka oko. Te małe gospodarstwa rolne są w większości poza zasięgiem USDA. Mogą i muszą działać niezależnie od ogromnych obciążeń regulacyjnych nakładanych na duże gospodarstwa rolne. Jest to nisza, w której ponowne pojawienie się gospodarstw rodzinnych może mieć znaczący wpływ, ponieważ wykorzystują one tradycyjne, ekologiczne i regeneracyjne praktyki rolnicze do produkcji zdrowszej żywności. Małe gospodarstwa rolne są idealnym miejscem do tworzenia zdrowej amerykańskiej diety.

Przed obecną administracją Trumpa ostatnią administracją prezydencką, która agresywnie wspierała małe gospodarstwa rolne, była administracja prezydenta Johna F. Kennedy'ego. Kennedy wspierał inicjatywy mające na celu poprawę gospodarki obszarów wiejskich, które pośrednio przynosiły korzyści małym rolnikom. Ustawa o przebudowie obszarów (Area Redevelopment Act) z 1961 r. miała na celu stymulowanie wzrostu gospodarczego na obszarach wiejskich poprzez tworzenie infrastruktury i miejsc pracy, pomagając małym rolnikom w regionach dotkniętych kryzysem gospodarczym. Rural Electrification Administration (REA), rozbudowana za poprzednich administracji, nadal udzielała pożyczek na usługi elektryczne i telefoniczne na obszarach wiejskich, pomagając małym rolnikom w modernizacji. Administracja Kennedy'ego promowała programy ochrony środowiska, takie jak Soil Conservation Service, które zapewniały rolnikom pomoc techniczną i finansową w zakresie zrównoważonych praktyk. Drobni rolnicy mogli korzystać z tych zasobów w celu poprawy gospodarki gruntami, choć udział w programach wymagał pokonania biurokratycznych procedur. Kennedy aktywnie wykorzystywał swoją pozycję, aby podkreślać znaczenie małych gospodarstw rolnych dla kultury i gospodarki Stanów Zjednoczonych. W swoich przemówieniach, takich jak wystąpienie na Krajowej Konferencji ds. Życia Wsi (1962 r.), podkreślał znaczenie rozwoju społeczności wiejskich i gospodarstw rodzinnych, sugerując retoryczne zaangażowanie na rzecz drobnych rolników.

Niedawno, za drugiej kadencji administracji Trumpa, sekretarz USDA Brooke Rollins uruchomiła program Farmers First: Small Family Farms Policy Agenda, którego celem jest usunięcie barier i zwiększenie wsparcia dla małych gospodarstw rodzinnych. Polityka Rollins została przedstawiona jako odpowiedź na presję gospodarczą i przeszkody regulacyjne, które doprowadziły do utraty ponad 141 000 gospodarstw w ciągu ostatnich pięciu lat. Skupiła się ona na usuwaniu przeszkód, a nie na wprowadzaniu nowych regulacji, oraz na tworzeniu środowiska, w którym małe gospodarstwa nie są w niekorzystnej sytuacji w porównaniu z większymi przedsiębiorstwami rolniczymi. Czy polityka ta jest zbyt skromna, zbyt późna, czy też z czasem również zostanie skażona regulacjami, pozostaje kwestią otwartą.

W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat nauczyliśmy się, że Stany Zjednoczone nie mogą i nie powinny „karmić świata”. Ponieważ te tanie produkty spożywcze na bazie zbóż i soi, których mamy nadmiar, są tymi samymi produktami, które powodują choroby u nas wszystkich. Ostatecznie przepisy te służyły głównie interesom Wall Street i dużych korporacji inwestujących w rolnictwo. Z pewnością nie służyły one interesom amerykańskich rolników ani amerykańskich konsumentów. Co więcej, nie wyświadczamy też żadnej wielkiej przysługi innym narodom. Państwa narodowe muszą decydować o swoim losie i nie polegać na miękkiej sile rządu Stanów Zjednoczonych, aby przetrwać.

Teraz potrzebujemy nacisku na zdecentralizowaną, lokalną produkcję. Należy umożliwić, ale niekoniecznie wymuszać, wycofanie procesu produkcji żywności z wielkich gospodarstw rolnych poprzez wspieranie wysiłków małych rolników w sprzedaży swoich produktów bezpośrednio lokalnym konsumentom.

Dzięki niewielkim zmianom w ramach regulacyjnych USDA możemy spodziewać się ożywienia małych gospodarstw rolnych. W ten sposób ożywimy małe miasteczka. To z kolei ożywi „pomijane” stany i ich „godnych pożałowania” mieszkańców.

Te niewielkie zmiany regulacyjne obejmują usunięcie barier rządowych utrudniających działalność małych gospodarstw rolnych. Dzięki reorganizacji USDA i ogólnej polityki FDA w sposób przyjazny dla rolników, z bardziej zdecentralizowanym podejściem umożliwiającym innowacje, sytuacja może ulec zmianie. Zamiast promować wielkie rolnictwo, rząd powinien umożliwić rozwój większej liczbie małych gospodarstw rolnych i ich dostawców poprzez złagodzenie kontroli regulacyjnej. Niech konsumenci decydują, czy mięso, które kupują na targu lub bezpośrednio od rolnika lub rzeźnika, jest dobrej jakości. W tym modelu USDA i FDA można by porównać do etykiety, która dawałaby konsumentom pewną gwarancję, że określone normy zostały spełnione, ale jednocześnie złagodziłaby kontrolę nad rolnikami.

Dlaczego mamy tak wiele przepisów? Kto zyskuje na silnie regulowanej branży? Odpowiedź jest prosta: silnie regulowane środowisko sprzyja dużym przedsiębiorstwom. Powód jest oczywisty. Im drożej coś trafia na rynek, tym mniejsza jest konkurencja. Oczywistym przykładem tego typu regulacji jest przemysł farmaceutyczny.

Podobnie wiele innych branż ogranicza konkurencję głównie poprzez regulacje rządowe i bariery regulacyjne utrudniające wejście na rynek. Branże podlegające ścisłej regulacji są często tworzone przez lobbystów reprezentujących właśnie te branże, które są regulowane. Bariery te często obejmują wymogi licencyjne, wymogi bezpieczeństwa, ochronę patentów lub znaków towarowych, prawa wyłączne lub złożone ramy zgodności, które zniechęcają lub wręcz blokują nowych konkurentów. Niektóre z branż, które wykorzystały regulacje do wyeliminowania małych przedsiębiorstw, to między innymi bankowość, ubezpieczenia, telekomunikacja i opieka zdrowotna.

W ramach ściśle regulowanych ram wygrywają „duzi gracze”. Tylko oni mogą sobie pozwolić na przestrzeganie przepisów. Mają więc motywację, aby lobbować na rzecz coraz większej liczby regulacji, ponieważ tylko oni są w stanie ponieść związane z nimi koszty. Jest to strategia antykonkurencyjna, która daje im nieuczciwą przewagę. Regulacje rządowe stają się bronią służącą do eliminowania małych konkurentów. Jest to absolutnie część dynamiki zachodzącej w wielkim rolnictwie.

Wielkie rolnictwo, poprzez swoje zastępcze organy, USDA, FDA i CDC, objęło swoją kontrolą niemal wszystkie aspekty amerykańskiego rolnictwa. Weźmy na przykład przemysł jajczarski. Branża ta została poddana ścisłej regulacji, a FDA, USDA i CDC wymagają od hodowców drobiu przestrzegania określonych przepisów.

FDA reguluje produkcję jaj kurzych w celu zapewnienia bezpieczeństwa żywności, koncentrując się przede wszystkim na zapobieganiu zanieczyszczeniu patogenami, takimi jak Salmonella enteritidis. Obowiązująca od 2009 r. zasada bezpieczeństwa jaj FDA wymaga od ferm jajecznych posiadających ponad 3000 kur niosek przestrzegania określonych praktyk podczas przechowywania i transportu jaj. Praktyki te obejmują środki bezpieczeństwa biologicznego, czyszczenie i dezynfekcję pomieszczeń, zwalczanie much i gryzoni oraz badania na obecność chorób. Ponadto zasada ta nakłada obowiązek przechowywania jaj w chłodni w gospodarstwie w ciągu 36 godzin od zniesienia.

FDA oferuje również wytyczne dla „producentów jaj”, którzy umożliwiają kurom dostęp do obszarów zewnętrznych, zapewniając zgodność z normami zapobiegającymi zanieczyszczeniu salmonellą. Ponadto FDA wprowadziła nowe przepisy dotyczące oznaczania alergenów, które wymagają bardziej szczegółowej identyfikacji jaj pochodzących od innych gatunków ptactwa, takich jak kaczki, gęsi, przepiórki lub inne ptaki. Natomiast jaja kurze będą nadal oznaczane po prostu jako „jaja”.

USDA ustanowiło przepisy dotyczące jaj kurzych w celu zapewnienia bezpieczeństwa, jakości i prawidłowego oznakowania. Przepisy te obejmują różne aspekty, w tym dobrostan zwierząt, sposób postępowania z jajami i wymagania dotyczące oznakowania. Na przykład Służba Bezpieczeństwa i Inspekcji Żywności USDA nadzoruje bezpieczeństwo i kontrolę produktów jajecznych, zapewniając ich zgodność z normami federalnymi. Ponadto ostateczna zasada dotycząca bezpieczeństwa jaj ma na celu zapobieganie zakażeniu salmonellą poprzez nałożenie na producentów jaj obowiązku wdrożenia określonych środków bezpieczeństwa.

Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC) wydaje wytyczne dotyczące bezpieczeństwa jaj kurzych, w szczególności dotyczące potencjalnego zakażenia patogenami, takimi jak salmonella i ptasia grypa.

Technicznie rzecz biorąc, wszystkie te regulacje wynikają z konstytucyjnych uprawnień rządu federalnego w zakresie regulacji handlu międzystanowego. Jeśli więc rolnik nie prowadzi handlu międzystanowego, uprawnienia prawne USDA, FDA i CDC są minimalne. W teorii brzmi to dobrze, ale bardzo niewielu rolników rodzinnych ma środki na zatrudnienie prawnika specjalizującego się w prawie konstytucyjnym, który postawi te agencje federalne w ich miejscu, jeśli zapukają do ich drzwi.

Urząd ds. Odpowiedzialności Rządowej (GAO) podkreślił, że USDA jest wiodącą agencją w przypadku wybuchu ptasiej grypy, ale nawet Departament Bezpieczeństwa Krajowego otrzymał rolę w procesach regulacyjnych dotyczących drobiu. DHS przejąłby wiodącą rolę w koordynowaniu działań federalnych w przypadku ogłoszenia stanu wyjątkowego z powodu ptasiej grypy. GAO zalecił również, aby USDA w pełni wykorzystywało wiedzę i zasoby DHS w zakresie planowania działań zapobiegawczych i reagowania.

Tak więc nie ma jednej instytucji rządowej regulującej produkcję jaj, ale wiele. Nie zaczęliśmy nawet zajmować się nowymi przepisami nakładanymi na hodowców drobiu w związku z nowymi szczepami ptasiej grypy.

Jednak dane pokazują, że nawet w 1986 r. w Stanach Zjednoczonych nie odnotowano prawie żadnych poważnych ognisk choroby związanych z jajami i salmonellą. W rzeczywistości większe ogniska salmonelli wystąpiły długo po wprowadzeniu większości tych środków regulacyjnych. Nawet wtedy zgłoszono co najwyżej 130 przypadków – najprawdopodobniej dzięki nowym technikom nadzoru nad drobiem i COVID-19, a także H5N1. Masowe badania drobiu i zwierząt gospodarskich pod kątem tych chorób zakaźnych są obecnie najnowszym trendem w dziedzinie zdrowia publicznego.

Duzi producenci ponoszą roczne koszty związane z przestrzeganiem przepisów przekraczające sześć cyfr. Koszty te są bezpośrednio przenoszone na konsumentów.

Co zabawne, pomimo licznych przepisów dotyczących środowiska i bezpieczeństwa żywności, które nałożyły znaczne obciążenia finansowe na amerykańskich rolników, rzeczywiste dane nie potwierdzają twierdzenia, że nasza żywność jest rzeczywiście bezpieczniejsza.

W porównaniu z oficjalnymi danymi z lat 60. XX wieku, obecnie w Stanach Zjednoczonych nie odnotowuje się znacznie mniej przypadków chorób przenoszonych przez żywność na mieszkańca niż przed wprowadzeniem wszystkich tych przepisów. Liczba zgłoszonych przypadków wydaje się obecnie podobna lub nawet wyższa! Jednak kompleks rolno-przemysłowy i rząd USA twierdzą, że jest to artefakt. Rząd USA twierdzi, że wzrost zachorowań na choroby przenoszone przez żywność na mieszkańca wynika ze znacznie lepszego wykrywania i dokumentowania tych przypadków. Nie ma jednak solidnych dowodów na poparcie tej promowanej wersji wyjaśniającej, dlaczego liczba zachorowań na choroby przenoszone przez żywność pozostała stosunkowo stabilna od lat 60. XX wieku, pomimo gwałtownego wzrostu liczby przepisów, kosztów związanych z ich przestrzeganiem i nadzoru. Przepisy te spowodowały wzrost wielkości ogromnego kompleksu rolno-przemysłowego, podczas gdy liczba małych gospodarstw rolnych spadła.

Analizując przyczyny upadku małych gospodarstw rolnych, nasuwa się pytanie, czy była to zorganizowana konspiracja mająca na celu zniszczenie wiejskiej Ameryki przez kolejne administracje Białego Domu od lat 50. XX wieku do chwili obecnej (przerwana jedynie przez JFK), czy też było to po prostu zjawisko naturalne, które nastąpiłoby niezależnie od interwencji Earla Butza i USDA. Po przeanalizowaniu historycznych oświadczeń publicznych jasne jest, że było to zamierzone działanie. Wyraźnie widać, że Earl Butz i Richard Nixon spiskowali, aby zlikwidować rodzinne gospodarstwa rolne w całej Ameryce. Zrobili to, ponieważ zdali sobie sprawę, że rodzinne gospodarstwa rolne są ogniwem łączącym pokolenia, które hamuje industrializację. Nie jest to „teoria spiskowa”, ale raczej teza poparta historycznymi oświadczeniami politycznymi z tamtego okresu.

USDA pod kierownictwem Earla Butza opracowało strategię rządową mającą na celu rozdzielenie rodzin i członków rodzin. Przeniesienie mężczyzn z obszarów wiejskich Ameryki było zamierzone. Społeczeństwa uprzemysłowione opierają się na sile roboczej, która jest gotowa i zdolna do przeniesienia się, zarówno pod względem geograficznym, jak i społecznym, aby dostosować się do stale zmieniających się wymagań technologii, rynku i gospodarki.

Mobilność siły roboczej jest uważana za kluczową dla odporności gospodarczej, innowacyjności i trwałego wzrostu. W społeczeństwach przemysłowych coraz więcej funkcji, takich jak opieka nad dziećmi, opieka nad osobami starszymi i edukacja, przechodzi z rodziny wielopokoleniowej na państwo, a rodzina nuklearna staje się coraz bardziej odizolowana od rodziny wielopokoleniowej. W przypadku małych rodzin rolniczych i społeczności wiejskich sekretarz Butz i jego współspiskowcy w Białym Domu zaplanowali i doprowadzili do upadku rodzinnych gospodarstw rolnych, aby stworzyć wysoce mobilną siłę roboczą w miastach.

To między innymi dlatego współczesne zachodnie państwa narodowe kładą tak duży nacisk na „wyższe wykształcenie”. Studia, podczas których dzieci opuszczają dom rodzinny, zrywają więzi rodzinne. Tworzy to siłę roboczą gotową do przeprowadzki w poszukiwaniu możliwości kariery, trwale zrywając więzi zarówno z rodziną nuklearną, jak i rozszerzoną.

Badania nad wzorcami migracji młodzieży z wyższym wykształceniem w Stanach Zjednoczonych pokazują, że znaczna część z nich nie wraca do regionów, w których dorastała, po uzyskaniu dyplomu. Dotyczy to zwłaszcza obszarów wiejskich Ameryki. Wiele małych miasteczek w stanach środkowych niemal zamieniło się w miasta-widma. Zastanówmy się, co to oznacza dla rodziny i tradycyjnych wartości.

Biorąc to wszystko pod uwagę, prawda jest taka, że rząd nie zrealizował swojego planu zniszczenia rodzinnych gospodarstw rolnych. Wiele z tych rodzin po prostu przeszło do podziemia. Ponieważ USDA nie miało im już nic do zaoferowania, zaczęły sprzedawać produkty rolne, jaja, surowe mleko, niszowe zwierzęta hodowlane i mięso na lokalnych rynkach. Stały się zależne od tworzenia lokalnych rynków zbytu dla swoich produktów rolnych, których regulacja nie leży w interesie USDA.

Wielu takich rolników utrzymuje się z jednego źródła dochodu, często pochodzącego od kobiet w rodzinie, aby spłacać kredyty, opłacać ubezpieczenie zdrowotne i na życie oraz utrzymywać konta bankowe dzięki pracy poza gospodarstwem – najczęściej na gorzej płatnych stanowiskach, ponieważ takie są dostępne w okolicy. Drugi partner w takich układach zajmuje się gospodarstwem i jest odpowiedzialny za zapewnienie energii w postaci drewna opałowego, jaj, produktów rolnych, hodowli i sprzedaży niszowych zwierząt gospodarskich, a także mięsa, często pochodzącego z polowań. Albo mężczyzna pracuje poza gospodarstwem w zawodach rzemieślniczych, a kobieta zajmuje się gospodarstwem w dni powszednie. Często dzieci uczą się w domu, kładąc nacisk na naukę zawodu i tradycyjne wartości rodzinne. Tak wygląda współczesny gospodarz, a ruch ten szybko się rozwija.

Coroczny spis rolny USDA jest najbardziej kompleksowym badaniem rolnictwa w Stanach Zjednoczonych. Nie obejmuje on jednak w pełni małych gospodarstw o niskiej sprzedaży oraz gospodarstw, które nie uczestniczą w programach. Liczba gospodarstw, które nie zostały uwzględnione, zmienia się każdego roku i w zależności od regionu, ale w przypadku najmniejszych gospodarstw USDA szacuje, że odsetek niedoszacowanych gospodarstw wynosi prawie 30%. Szczerze mówiąc, uważamy, że liczba ta jest znacznie wyższa. Żadne małe gospodarstwo nie ma interesu w zgłaszaniu swojej działalności rządowi Stanów Zjednoczonych.

Weźmy na przykład sprzedaż jaj z małych gospodarstw rolnych lub jaj z przydomowego chowu na własny użytek. Służba Inspekcji Zdrowia Zwierząt i Roślin (APHIS) USDA wspiera, a czasem wymaga, losowej lub opartej na ryzyku kontroli zarówno drobiu hodowlanego, jak i przydomowego we wszystkich 50 stanach. Deklarując, że hoduje się kurczaki przydomowe, rząd może zapukać do drzwi, pobrać próbki, a następnie, jeśli którekolwiek ptaki uzyskają wynik pozytywny, całe stado zostanie zabite. Niektóre stany wymagają nawet rejestracji drobiu hodowanego w przydomowych gospodarstwach. W niektórych stanach nawet w przypadku zakupu kilku piskląt w sklepie detalicznym rejestrowane są nazwiska i adresy nabywców. Wystarczy zajrzeć do niemal każdej grupy poświęconej drobiowi w mediach społecznościowych, aby przekonać się, że praktycznie nikt nie chce być częścią tego systemu.

Jakie są wyniki miliardowych wydatków poniesionych w ciągu ostatnich dwóch lat na walkę z ptasią grypą? Od 2024 r. do lipca 2025 r. (ostatni przypadek zgłoszono w lutym 2025 r.) w Stanach Zjednoczonych odnotowano łącznie 70 potwierdzonych i prawdopodobnych przypadków ptasiej grypy H5N1 u ludzi, w tym jeden śmiertelny – osoba z wieloma chorobami współistniejącymi zmarła z powodu H5N1, ale najprawdopodobniej nie z powodu H5N1. Zabito ogromną liczbę kurcząt, co miało negatywny wpływ na małych rolników produkujących drób i jaja dla amerykańskich konsumentów.

Prawo do prywatności musi być chronione poprzez unikanie ingerencji rządu w nasze ziemie, nasze sprawy i nasze zwierzęta gospodarskie. Dlatego wielu małych rolników unika nadmiernej ingerencji rządu, nie zgłaszając swojej działalności rolniczej. W ten sposób gospodarstwo domowe stało się siłą oporu przeciwko tyranii rządowej.

Musimy wierzyć w wolny rynek i amerykańskie wartości. Można zaufać drobnym rolnikom, że będą monitorować zdrowie swoich zwierząt i innych produktów rolnych. Miejmy wiarę w zdolność Amerykanów do podejmowania świadomych decyzji dotyczących swojego zdrowia, jeśli mają dostęp do prawdziwej żywności oraz rzetelnych informacji na temat prawidłowego odżywiania.

Robert W. Malone

Urodzony w 1957 roku Joel F. Salatin to amerykański libertarianin, jeden z najbardziej znanych farmerów w USA. Wykładowca, autor bestsellerów popularyzujących rolnictwo i hodowlę naturalną. Jest bojownikiem o zdrową żywność i ostrym krytykiem regulacji państwowych, co od ponad 20 lat opisuje w swoich bestsellerach tłumaczonych na wiele języków świata, w tym również na język polski.

Sławy nie przyniosły mu dziesiątki tysięcy akrów ziemi, jak Tad’owi Turnerowi, czy Billowi Gates’owi lecz walka o wolność i dumę z zawodu rolnika. Miał zostać doradcą Białego Domu do spraw rolnictwa, a konkretniej prawą ręką, konserwatywnego kongresmena z Kentucky, Thomasa Massie, którego prezydent Trump (2025) rozważał nominować na sekretarza Departamentu Rolnictwa (USDA). Kiedy jednak szefowie kompleksu przemysłowo – rolniczego zorientowali się, że ci dwaj panowie mogą dokonać w amerykańskim rolnictwie przewrotu, kandydatura Massiego przepadła, zaś sam Salatin zrezygnował. Nigdy nie było mi po drodze z biurokracją – skwitował swą decyzję.

Mówi o sobie, że jest chrześcijańskim, libertariańskim, ekologicznie zorientowanym, kapitalistycznym rolnikiem-dziwakiem. Uważa, że oddolnie można zrobić znacznie więcej! Objeżdża kraj i świat z wykładami, pisze książki, działa w ruchu na rzecz żywności lokalnej i rolnictwa regeneratywnego.

Uczy tego co orudno się z tym nie zgodzićićobie radzipraktykuje

Joel Salatin prowadzi rodzinną firmę Polyface Farm w Wirginii. Farma posiada około 550 akrów (ok. 220 ha), uprawia jednak wielokrotnie większy obszar posiłkując się gruntami dzierżawionymi. Polyface działa w modelu regeneratywnym, pastwiskowym, integrującym wiele gatunków zwierząt, które współdziałają z systemem ekologicznym gleby i roślin. Sztandarowymi metodami rolnictwa Salatina jest rotacyjne wypasanie, mobilne zagrody, warstwowanie produkcji, gdy poszczególne elementy gospodarstwa (bydło, drób, ściółka, kompost, stawy) współgrają i podnoszą żyzność gleby. Stąd farma Polyface jest czempionem produkcji próchnicy, zapewnia biosferze należytą i ciągłą wilgotność i przewidywalność warunków glebowych.

Swoją pryncypialnością, kreatywnością, i – co tu ukrywać – postawą moralną gospodarstwo rodziny Salatin, sięgnęło po sławę i reputację na całym świecie. Produkty z Polyface, dzięki temu, że są sprzedawane lokalnie (bezpośrednio konsumentom, restauracjom, punktom sprzedaży w okolicy) są dostarczane niemalże prosto z pola na stół. Nie tylko skraca to łańcuch dostaw, nie tylko dostarcza świetnej jakości, udowadnia przy tym, że przy stosunkowo skromnym areale i relatywnie ograniczonych wydatkach i inwestycjach można osiągać wysoką rentowność,

Jako bezpośredni adresat ustalanych odgórnie norm i zasad, Salatin krytykuje zaostrzające się coraz bardziej regulacje rolnictwa, które musi wprowadzać w życie na swojej farmie. Mówi wprost, że rząd Stanów Zjednoczonych utrudnia utrzymywanie się niedużych gospodarstw wyłącznie z pracy na roli. Znamy to również z naszego podwórka. W swoich publikacjach pokazuje jak sobie z tym radzić, dlatego warto po nie sięgnąć.

Propagowany i rozwijany przez Salatina holistyczny model rolniczo – wolnościowy reaguje również na powszechny w krajach rozwiniętych kryzys sukcesji, czyli pokoleniowej luki w rodzinnych gospodarstwach rolnych. Uważa bowiem, że pokoleniowa kontynuacja gospodarstw to warunek uzdrowienia rolnictwa i żywności.

Warunkiem udanej sukcesji – zdaniem Salatina – znacznie ważniejszym od przyczyn formalno-prawnych jest rozpoznanie powodu niechęci spadkobierców do przejmowania farm po przodkach. Salatin upatruje ich w mało atrakcyjnej formie gospodarowania. W jednej ze swych sztandarowych pozycji książkowych Rolnictwo, zawód przyszłości (Fields of Farmers) pisze: (…) Srebrnowłosy tata kładzie dłoń na ramieniu Jima, patrząc synowi w oczy. Synu, czuję, że zwalniam. Nie mogę już prowadzić farmy. Chcę się wycofać. Może wróciłbyś do domu?”. I co słyszy? (…) „Tato, chętnie bym to zrobił, ale pieniądze byłyby z tego znacznie mniejsze niż te, które zarabiam. Jill chciałaby więcej podróżować. Nie sądzę, żebyśmy się zdecydowali”. Polscy rolnicy znają ten ból. Nie mając komu przekazać swego ukochanego gospodarstwa, patrzą jak ich życie marnieje.

Salatin, w tej samej publikacji pokazuje wprost, że potęga zawodu farmera nie polega na wielkości areału, lecz na miłości i szacunku do ziemi. A „żeby ziemia ta była kochana, potrzeba kochanków, którzy znają jej zainteresowania i potrzeby”. Ostatnim etapem tej harmonii człowieka i gospodarstwa jest dochodowość i opłacalność rolnictwa. Prosperita zawodu rolnika – kojarzonego najczęściej z ciężką pracą i nędznymi dochodami – to dowód, że wypełnił on oczekiwania konsumentów. Zdrowi i usatysfakcjonowani rewanżują się farmerowi płacąc mu dobrze za jego pracę. Taki rolnik nie może być biedakiem; zaniedbanym, zapracowanym facetem w gumiakach i słomkowym kapeluszu.

Zawód przyszłości

Rozwiązaniu problemu sukcesji poświęcone są prawie wszystkie jego książki. Co proponuje Salatin? Z jednej strony proponuje odejście od modelu konwencjonalnego (ciężka, uzależniona od kaprysów pogody praca od świtu do nocy, drogie budowle i maszyny, a przy tym niski dochód) i skupienie się na modelu regeneratywnym: nisko nakładowej, harmonijnej i wysoko rentownej wersji gospodarstwa, co powinno stać się magnesem przyciągającym dzieci lub wnuki do rolnictwa.

Na wypadek, gdyby ta pokusa nie wystarczyła, Salatin pokazuje jak równolegle tworzyć awaryjny system zmiany pokoleń poprzez pozyskiwanie następców spoza kręgu rodziny: z grona młodych rolników, lub stażystów, którzy zdobywają wiedzę o rolnictwie w praktykach na Polyface. Oba modele sukcesji zbudowały sukces i popularność. Gospodarstwo od kilkunastu lat prowadzą dzieci Joela i Teresy Salatin, wnuki czekają na swój czas. Rodzina uzupełniana jest wspólnikami, których wyłoniły staże i praktyki na gospodarstwie.

Na farmie Salatinów działa się praktycznie i ekonomicznie, maszyn jest niewiele, nierzadko są to dobrze zachowane urządzenia z poprzedniej epoki, każdy dodatkowy zakup jest przemyślany, niemalże z chirurgiczną precyzją. Z subsydiów rządowych i innych form wsparcia nie korzystają. Podobnie jak z nawozów sztucznych, herbicydów i pestycydów, których nie stosują w ogóle, pozwalając naturze swego holistycznego tworu wykonywać czynności, do których kompleks przemysłowo – rolniczy wciąż stosuje GMO, roundupy, chemikalia i skomplikowane urządzenia przetwarzające. Bliskość natury i swoisty konserwatyzm owocują wysoką jakością produktów i ich walorami żywnościowymi, zdrowotnymi i smakowymi. Zachęceni takim podejściem, spragnieni zdrowej żywności bliżsi i dalsi sąsiedzi, restauratorzy, lokalny handel, przetwórstwo ustawiają się po nią w kolejkach.

Zamiast sprzedawać grunty i uciekać do miast, pokolenie regeneratywnych rolników tworzy zawód przyszłości. Jesteśmy przekonani, że polscy rolnicy, dla których większość tych problemów jest kwadraturą koła, w spotkaniu twarzą w twarz z Joelem Salatinem znajdzie własne rozwiązanie. Tym bardziej, że jego wykłady i prezentacje to spektakle w których łączy humor, anegdoty, filozofię, praktykę rolniczą i receptę na spełnione życie.

Więcej na temat Autora i przebiegu jego tygodniowej wizyty w Polsce znaleźć można pod adresem: https://joelsalatin.pl Zapraszamy!

Edyta Malinowska

Jan Fijor

Na str 275, hasło ryby:

Zawsze mnie korciło, żeby na powierzchni stawu umieścić przesłonięty pojemnik wypełniony wnętrznościami kurczaków – na przykład wielką balię. Rozkładające się resztki przyciągnęłyby muchy, a te złożyłyby jaja, z których wyklułyby się larwy.

Przez dziurawe dno takiej balii larwy przedostawałyby się do wody, stając się pożywieniem dla żyjących w niej ryb oraz innych stworzeń. Jeśli kiedykolwiek zrealizuję ten pomysł, nazwę go „Grub Tub”, czyli Wanną Pełną Żarcia.

Kiedy człowiek raz zacznie podążać tą ścieżką, szybko się przekona, że możliwości są nieograniczone. Wystarczy tak zorientować swoją percepcję, aby myśleć na małą skalę, uwzględniać zachodzące w środowisku relacje oraz unikać szablonów.

Na hasło "robaki" znalazłam kilka fragmentów np:

str 192

Fot. 1. Eggmobile (nasze mobilne kurniki) podążające za krowami, tak jak dawniej ptactwo szło na dzikich preriach w ślad za bydłem. Kury nioski grzebią pazurami w krowich odchodach, wydziobując larwy much, zjadają także obecne w nich pasożyty. Chodząc po pastwisku, rozprowadzają równomiernie obornik na całym terenie, służąc za wspaniały, całkowicie ekologiczny środek dezynfekujący glebę. Ponadto dieta kur poszerzona o koniki polne, świerszcze, rozmaite robaki i inne bogate w białko zwierzęta, wzbogacona w liczne składniki odżywcze, zabarwia żółtko jaj na piękny, głęboko żółty kolor. [Zdjęcie wykonała Rachel Salatin.]

Na hasło dżdżownice pokazuje się 11 fragmentów również pokazujących wzajemne relacje.

Te hasła łączą się ze sobą.

str 10

Kurczaki wtedy ledwie nadążają za własnymi nogami. Najpierw trzeba wydłubać dżdżownicę, potem przegryźć koniczynką. A tam leży krowi placek – wybornie dojrzały, kuszący dziesięcioma larwami atłuściutkich much, czekających na schrupanie. Ale wcześniej, po drodze pojawia się inna okazja – konik polny. Znajduje się w zasięgu wzroku, więc żal nie skorzystać.

Koniecznie

trzeba go teraz dopaść! Musze larwy mogą poczekać kilka minut. Na drodze do smakowitego konika jest jeszcze jeden gość – świerszcz. Milknie nagle i zastyga w bezruchu, z nadzieją, że ta mała czerwona kura jednak go przeoczy i popędzi dalej. Niestety, ma pecha, bo apetyt wyostrzył jej zmysły do granic możliwości. Chwyta w locie świerszcza i pędzi po konika polnego, aby ostatecznie zatrzymać się nad krowim plackiem, wydziobując z niego larwy much tak szybko, jak tylko zdoła. Po chwili dołączają do niej pozostałe kurze koleżanki i łapczywie pochłaniają pyszne pędraki. Co za rarytas! W ciągu zaledwie kilku sekund ten zacny deser w postaci krowiego placka jest już nieźle przetrzebiony, a kury ruszają dalej, aby sięgnąć po swoją codzienną poranną porcję świeżej zieleniny.

Każdego popołudnia robię to samo dla krów – przeprowadzam nasze stado w inne miejsce, gdzie korzysta ono z nowego wybiegu oferującego również im smakowity bar sałatkowy. Mmmmm…

Autor: Joel Salatin

13 września 2025

Przemówienie Joela Salatina wygłoszone podczas konferencji Brownstone, która odbyła się na terenie rodzinnej farmy Salatinów, Polyface Farms w Wirginii. Jest ono wezwaniem do walki o wolność żywnościową i przedstawia plan prawdziwych zmian.

(…) Nazwałem to „Proklamacją emancypacji żywnościowej”.

Kluczowym terminem naszych czasów jest „uwolnienie się”. Iluż to ludzi spotykamy, którzy mówią: „Chcemy się uwolnić od państwowego szkolnictwa. Nie chcemy się czuć zależnymi od takiego systemu edukacji. W związku z tym przeżywamy falą edukacji domowej. Nie chcemy być zależni od systemu opieki zdrowotnej. Tak narasta fala znachorów, z których wielu zabiera głos nawet na naszej konferencji. W dzisiejszych czasach wszyscy chcemy mieć swego znachora. Wszyscy martwimy się o finanse. Gdzie trafiają nasze pieniądze? W związku z tym prywatyzuje się plany emerytalne, zdobywamy wiedzę. Synonimem inwestowania są takiej słowa, jak uprawiać, naprawiać, budować. Jeśli wiesz, jak uprawiać, budować i naprawiać lub mieszkasz obok ludzi, którzy to robią, to jest to lepsza szkoła inwestowania niż jakikolwiek plan emerytalny. To też jest uwolnienie się. Rozrywka. Zabawa. Wiele osób rezygnuje teraz z rozrywki i inwestuje swoje pieniądze w informacje. Wolą przyjechać do Polyface na weekend niż pływać po Karaibach, bo czas spędzony tutaj jest dla nich wartościowszy.

Żywność. Jedzenie, które produkujemy każdego dnia nabiera rozpędu i - dzięki wysiłkom RFK Jr. i MAHA - uświadamia nam się jak nieautentyczne i nie do przyjęcia jest nasze zaopatrzenie w żywność. Ilu z nas pięć miesięcy temu wiedziało, że 15 miliardów dolarów z programu SNAP trafia corocznie do Coca-Coli? Ja tego nie wiedziałem. Większość z nas nie wiedziała, ale teraz jest to temat ogólnokrajowej dyskusji. Widzimy więc pragnienie oddzielenia się od systemu na wielu poziomach.

Skupię się tu na żywności, bo o niej wiem najwięcej

30 lat temu, gros odwiedzających naszą farmę to byli lewicowi ekolodzy, miłośnicy natury, liberałowie, dziwacy. Dzisiaj 80% naszych gości to konserwatyści, ludzie wierzący, prawicowi, ludzie miłujący wolność. Ich plany i marzenia się zmieniają, z pragnienia: „O, rządzie, rozwiąż wszystkie moje problemy” na: „Chcę samodzielności i odpowiedzialności”. Na tym polega dzisiaj aktywność gospodarstw domowych w zakresie żywności.

Nie ufamy Procter and Gamble; nie ufamy Nestle; nie ufamy Hersheyowi

Kiedy zamknięto firmy tytoniowe, cała wiedza laboratoryjna i naukowa tego sektora została przejęta przez duże firmy spożywcze. Odtąd, nad naszym jedzeniem pracują eksperci od tytoniu i dlatego mamy teraz, ile tego jest, 70000 dodatków do żywności, których nazw nie da się wymówić. Unia Europejska ma ich tylko 400, więc cała ta sprawa z ultraprzetworzoną żywnością spadła na nas.

Chcę zatem wiedzieć, co znajduje się w spiżarni. Chcę wiedzieć, co trafia na stół moich dzieci. Pomyślmy więc o dzieciach z gospodarstw rolnych. Wiemy, że budujemy układ odpornościowy, jedząc ziemię, bawiąc się w ziemi, brudząc nią sobie paznokcie. Finlandia, światowy lider w badań naukowych w dziedzinie odporności dzieci z gospodarstw rolnych, głosi, że dzieci, które jedzą trochę kupy, gdy są maluchami, mają znacznie silniejszy układ odpornościowy niż ich kuzyni z miasta, którzy żyją w sterylnym środowisku. Jeśli więc ktoś szuka pomysłu na biznes wart milion dolarów, może to zabrzmieć zabawnie, ale mówię całkowicie poważnie. Potrzebujemy pojemników wypełnionych kompostem i ziemią z gospodarstw rolnych, aby ludzie z miast mogli dzięki nim wzmocnić swój układ odpornościowy oraz poczucie własnej wartości.

Mamy problem z samobójstwami nastolatków

To poważny problem. Jak rozwinąć w dziecku poczucie własnej wartości? Nie jestem psychologiem, ale wiem swoje; wiem jak należy w dziecku z farmy rozwinąć poczucie własnej wartości. Dzieje się to, gdy „wykonuje ono z powodzeniem znaczące zadania”, każde słowo jest tu ważne. Nie zyskuje się poczucia własnej wartości, będąc najlepszym graczem w Angry Birds. Zyskuje się ją, wiedząc, jak wypatroszyć kurczaka; jak zapuszkować fasolkę szparagową, uprawiać kukurydzę, pomidory, zbierać kurze jaja i tym podobne rzeczy.

Poczucie własnej wartości wynika z życia na farmie, gdzie dzieci mogą wykonywać prace domowe i rozwijać harmonię swego miejsca pracy. Siadacie razem i zastanawiacie się, jak wbić ten słupek? Jak naprawić ogrodzenie? Jak przyprowadzić krowy, gdy się rozbiegną? Tego typu sprawy. Nie ma lepszego miejsca dla rozwoju dziecka niż gospodarstwo rolne. Rodzice dostrzegają to, i widząc dysfunkcję wśród młodych ludzi z miasta, coraz chętniej traktują gospodarstwa rolne jako sposób na rozwój rodziny. Rodzice coraz częściej, w obawie o degenerację sektora miejskiego, uciekają z miast na wieś.

Strach sprawia, że uciekamy. Wiara sprawia, że się zatrzymujemy

Nie można uciekać w nieskończoność. Strach może być czymś dobrym, jeśli ściga cię lew, wtedy strach jest dobry. Musisz wtedy uciekać; nie możesz jednak uciekać w nieskończoność. Musisz się gdzieś zatrzymać. I właśnie ludzie zatrzymują się na gospodarstwach. Jak więc uwolnić się od przemysłowego kompleksu rolno-spożywczego? Uprawiać samemu lub kupować poza systemem.

Idąc tą drogą zdamy sobie szybko sprawę, że możliwość zmiany sposobu produkcji żywności jest mocno regulowana. Mamy więc bardzo mały wybór. Jeśli ktoś z was chciałby do mnie podejść i powiedzieć: „Hej, Joel, ten kurczak wczoraj był naprawdę świetny. Czy mógłbyś mi sprzedać choć jedną z tych grillowanych połówek kurczaka?”. Nie mogę ci jej legalnie sprzedać, ponieważ jest to produkt gotowany i może pochodzić wyłącznie z kontrolowanej, zalegalizowanej przez rząd kuchni. Gdybyś mi zaproponował: „Joel, chcę kupić puszkę twojej domowej zupy pomidorowej”, nie mógłbym ci jej sprzedać. Obecny system pozwala na dostępność na rynku wyłącznie produktów pochodzących z przemysłu.

Jeśli kiedykolwiek słyszysz komunikat o wycofanie ze sprzedaży jakiegoś produktu spożywczego, zwłaszcza gdy podają w mediach markę jego producenta, okazuje się, że wycofywane są produkty „tylko” 25 firm, 25 marek – jedna podobna do drugiej, z tej samej grupy. Ludzie wchodzą do Walmartu i mówią: „Jak to nie mamy wyboru żywności?”. Spójrzcie tylko na te liczne szyldy, marki, na te kolorowe etykiety! Cóż, wszystkie są przemysłowe. Więc tego właśnie chcemy? Tego właśnie pragnie obecne społeczeństwo i kultura? Otóż nie! Kupujący chcą niedrogiej, nieprzetworzonej, swojskiej żywności. Ale w supermarkecie nie można jej dostać.

Starsi rolnicy chcieliby już iść na emeryturę, wycofać się z gospodarstwa. To jest dla nich poważny problem. O sukcesji gospodarstwa rolnego słyszymy na każdym kroku. Młodzi nie chcą tych gospodarstw przejmować. Jeśli nawet chcą gospodarstwo przejąć szukają innego sposobu, by wejść na rynek żywności.

W ciągu ostatnich 80 lat udział rolników w przychodach ze sprzedaży detalicznej spadł z 50% do 8%. Oznacza to, że właściwie wprowadziliśmy nową politykę rolną. Gdyby rolnicy pracowali prawie za darmo, czy nawet nie otrzymywali żadnego wynagrodzenia, cena żywności nie zmieniłaby się wiele. Rolnictwo tradycyjne to tylko 8% ; 92% pieniędzy wydawanych na jedzenie trafia do pośredników zajmujących się przetwórstwem, marketingiem i dystrybucją. Znaczna część tej zmiany wynika z potrzeby wygody zakupów.

Błąd

Kiedy 30 lat temu zacząłem udzielać wywiadów mediom i zyskaliśmy pewną popularność, pytałem ludzi: jak według Ciebie będzie wyglądał system żywnościowy przyszłości? Michelle Obama miała w Białym Domu ogródek, znała producentów swojego jedzenia. Wszyscy byliśmy tym zachwyceni. Myśleliśmy, że za kilka lat wszyscy będziemy gotować w swoich kuchniach. Będziemy przygotowywać nasze posiłki, kupować pełnowartościowe produkty, kabaczki i pomidory, a także wekować je czy konserwować i praktykować domową sztukę kulinarną. I to był mój największy błąd: nie zauważyłem przeszkód. Tego, że zamiast sielankowego obrazu otrzymamy mikrofalowe ciasto i chleb, czy inną ultraprzetworzoną żywność. Wygląda na to, że wygoda Lunchables pozostanie z nami na stałe. Dopiero kilka miesięcy odczułem olśnienie: uświadomienie sobie bowiem, że muszę wreszcie przestać nawijać o domowej sztuce kulinarnej. To już jest przeszłość. Ok. 75% całej żywności spożywanej przez Amerykanów to żywność gotowa. W praktyce, 1/3 z tego jest spożywana w samochodach. Jesteśmy tak bardzo oddaleni od naszego ekologicznego łona. A kiedy zaczynasz tracić kontakt z wiedzą pokoleń i tradycji stajesz się paranoikiem. Nie chodzi tylko o to, że nie umiesz gotować od podstaw, ale o to, że boisz się gotować od podstaw.

Wygoda zostanie z nami na stałe, i co gorsza, jest ona kontrolowana przez przemysłowy system żywnościowy, przez system wytwórców ultraprzetworzonej żywności. To są dania, których nie można przygotować w kuchni, a jedynie można je zrobić tylko w laboratorium. Czy jest jakiś powód, żeby nasza żywność gotowa zawierała glutaminian sodu, czerwony barwnik nr 29 lub którykolwiek inny z 70 000 preparatów dodawanych do żywności w celu jej stabilizacji i nadania smaku mdłej, żywności fabrycznej?

Rolnicy potrzebują więc dostępu do pieniędzy z handlu detalicznego. Rolnicy desperacko potrzebują zwiększyć nasz 8-procentowy udział do wyższego poziomu i wkroczyć w obszar zysków pośredników, czyli stworzyć dla siebie realny sposób zarabiania na życie jako rolnik. Jednakże przetwórstwo zwiększające tę wartość jest regulowane przez przepisy dotyczące skali produkcji. Dużym przedsiębiorstwom znacznie łatwiej jest przestrzegać przepisów rządowych niż małym. Moja żona, Teresa, i ja jesteśmy współwłaścicielami małej rzeźni podlegającej kontroli federalnej w Harrisonburgu. To, co Tyson Foods robi za sto dolarów, nas kosztuje 500 dolarów. A potem ludzie mówią: „Cóż, jesteście elitarni, wasze ceny są wygórowane”. To nieprawda! Dzieje się tak dlatego, że mamy dokładnie takie same bramy, plany, łazienki, czy biura dla inspektorów rządowych sprawdzających każde ze stu naszych zwierząt tygodniowo, jakie ma korporacja Tyson Foods, w której inspektorzy sprawdzają 5000 sztuk dziennie. To „identyczne” podejście jest z natury swej niesprawiedliwe, nieuczciwe i niepotrzebne. W ten sposób podnosi się tylko koszt naszego wejścia na rynek.

Aby móc zaoferować ci potrawkę z kurczaka, i móc zapytać, jak ci smakowała wczorajsze danie, nie wystarczy twoje: Tak! Tak! Chętnie skorzystam! Aby móc zaoferować ci potrawkę z kurczaka, muszę mieć kontrolowaną kuchnię, plan bhp, system HHACP, analizy, zagrożenia, plany krytyczne, punkty kontroli itp. Ta kontrola nie ma jakichś szablonów; jeśli pobierzesz ze strony internetowej formatkę służby kontrolnej, automatycznie zostanie ona odrzucona. Muszę mieć licencjonowaną łazienkę, a nie toaletę kompostową, i nie ma znaczenia, że nasza kuchnia znajduje się sto metrów od dwóch łazienek w naszym domu i dwóch w domu mamy. Ta akurat musi się znajdować na miejscu, z licencjonowanym polem filtracyjnym dla łazienki i certyfikowanym łańcuchem chłodniczym z termometrem 24/7 i odczytem mikroczipa komputerowego.

To wszystko po to, aby dostarczyć ci potrawkę z kurczaka. Kiedy więc zaczęliśmy to robić, zapytaliśmy, czy możemy robić potrawki z kurczaka, ponieważ nasi klienci uwielbiają potrawki z kurczaka Polyface, podgrzewają je i jedzą, pakują do kartonowych pudełek, zamrażają, bez glutaminianu sodu, bez szczepionek, bez antybiotyków, bez GMO. Są po prostu przepyszne. Tak się składa, że sam uwielbiam potrawkę z kurczaka. Kiedy więc pojawił się inspektor i poinformował mnie o wszystkich wymaganiach, które muszę spełnić, powiedziałem: „Chwileczkę, chwileczkę. Byłem właśnie w Charlottesville i widziałem food trucka sprzedającego potrawkę z kurczaka. Nie ma on licencjonowanego pola drenażowego, wszystkich tych rzeczy”. Odpowiedział mi: „Niestety, masz rację”. To jedna z luk prawnych, którą właśnie staramy się wyeliminować. Jeśli więc zobaczycie łazienki podłączone z tyłu food trucków, będziecie wiedzieć, skąd się one wzięły.

„Chwileczkę! – zawołałem - czy zatem twierdzisz, że można stacjonarną kuchnię umieścić na podwoziu?”. Odpowiedział: „Oczywiście!” Jest jednak problem. Food truck może sprzedawać tylko z food trucka. Produktów nie można wysyłać. Nie można ich zabrać poza teren gospodarstwa i sprzedać. A więc znowu jesteś ograniczony, tyle że do okienka food trucka.

Mają cię na celowniku!

Mimo to w ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się mnóstwo rozwiązań alternatywnych stosowanych przez rolników. Wiele z tych rozwiązań rolnikom dobrze służy. Jednym z nich jest prywatne stowarzyszenie członkowskie, PMA. Wielu z was jest z nim zaznajomionych. Zostało założone w 1965 roku po uchwaleniu ustawy o prawach obywatelskich z 1964 roku, kiedy to kluby country dla białych w Georgii nie chciały, aby czarnoskórzy członkowie uczęszczali do ich klubów. Próbowali znaleźć sposób na obejście ustawy o prawach obywatelskich i stwierdzono, że po prostu utworzy się prywatne, niepubliczne stowarzyszenie; tak powstało PMA. Niektórzy sprytni ludzie powiedzieli: „Zróbmy to samo w odniesieniu do przepisów dotyczących żywności i stwórzmy niepubliczną strukturę transakcji”. I robią.

Obecnie niektóre z nich odniosły sukces, inne nie zostały jeszcze odkryte, a o innych można przeczytać. Na przykład, o Amosie Millerze z Pensylwanii. W Dayton wydano nakaz zaprzestania działalności. Jest też jeden zakaz w Wirginii - w przyszły poniedziałek, 22 września, idziemy do sądu w Wirginii w sprawie jednego z nich. Zasadniczo, ktoś, kto tworzy prywatne stowarzyszenie członkowskie w Ameryce, maluje sobie na plecach dużą tarczę; pokazuje bowiem środkowy palec wielkim agencjom rządowym, a one tego nie lubią. Naprawdę tego nie lubią. Dlatego prywatne stowarzyszenia członkowskie są drażliwym problemem.

Kolejną kwestią, tym razem w branży mleczarskiej, jest udział w hodowlanym stadzie. Wielu z was zna pojęcie udziału w stadzie. Sprzedaż surowego mleka w Wirginii jest nielegalna, ale możemy mieć udział w stadzie w gospodarstwie mlecznym położonym niedaleko; tego samego, z którego pochodzi czekoladowe mleko dostępne w sklepach. Jeśli nie próbowaliście jeszcze czekoladowego mleka, musicie je spróbować, ponieważ jest naprawdę dobre, poprzez udział w stadzie. Rozumiecie? W przyszłym miesiącu jadę do Karoliny Północnej na wiec, gdzie próbują zakazać udziału w stadzie w Karolinie Północnej. Nawiasem mówiąc, jest to inicjatywa republikanów, którzy są powiązani z wielkim biznesem.

Problem z udziałem w stadzie polega na tym, że jest on nieporęczny. Kiedy cię nie ma w domu, nadal otrzymujesz galon mleka tygodniowo. Bez ciebie rodzina nie wypije galona mleka tygodniowo. I odwrotnie, jeśli mamy gości, nie możemy dostać dodatkowego galona, aby także ich nakarmić. Jest to więc bardzo, bardzo niewygodne.

Kolejną kwestią jest karma dla zwierząt. Floryda przoduje obecnie wśród stanów pod względem najbardziej liberalnych przepisów dotyczących karmy dla zwierząt. Zasadniczo w stanie Floryda, prawie wszystko można zarejestrować jako karmę dla zwierząt. Wystarczy opłata licencyjna w wysokości 25 dolarów i można to wszystko sprzedawać to jako „karmę dla zwierząt”, czyli „nie nadającą się do spożycia przez ludzi”. Obecnie pracujemy energicznie nad jednym modelem obejścia prawa dla każdego, żeby załatwić tę sprawę i zapomnieć o niej. Kiedy bowiem tych obejść jest 10, 30, 40 i 50, to już nie jest to akceptowalne. Próbujemy więc zamknąć tę lukę i myślę, że nam się to uda.

Innym przykładem jest Internet, gdzie można sprzedawać kursy, np. z rzeźnictwa lub serowarstwa, i rozdawać do nich materiały szkoleniowe. Są więc ludzie, którzy sprzedają kursy rzeźnictwa, a w cenie za internetowy kurs rzeźnictwa wliczone jest darmowe mięso wartości 200 dolarów. No cóż, przetwarzam mięcho i rozdaję je kursantom. Można legalnie rozdawać te produkty. Jednakże takie mięso nie może wejść do obrotu handlowego; pomimo iż kupujący pragną zrezygnować z Walmartu, a rolnicy chcą zaangażować się w sprzedaż detaliczną dla swojej społeczności. Są to rozwiązania, w które inwestują dobrzy prawnicy, bystrzy ludzie próbujący obejść tę przeszkodę, by zapewnić Państwu potrawkę z kurczaka.

MAHA nadal po staremu

Martwi mnie to, że obecny program MAHA nie zajmuje się żadną z tych kwestii. Istniejący program MAHA polega bowiem na tym, że przenosi pieniądze z dotacji towarowych do rolników, którzy próbują przejść na uprawy ekologiczne. Wezmą pieniądze z jednej puli i wrzucą do innej. Takie rzeczy robią perfekcyjnie. Żadnej zmiany na lepsze.

Kolejną ważną kwestią jest zakazanie stosowania Topsinu. A także upraw przemysłowych z użyciem glifosatu. Chcemy takich zakazów. Kolejną kwestią jest przeniesienie funduszy SNAP z Coca-Coli do Whole Foods. Teraz korzystają na nich tylko ludzie kupujący produkty z Whole Foods. Jestem przyjacielem MAHA, martwi mnie jednak, że zmierza w takim kierunku. Mamy pewną szansę, nie wolno jej zmarnować. Tym bardziej, że nie ma jednego, uniwersalnego, precyzyjnie ukierunkowanego celu, który miałby wiele wątków rozwiązujących wiele problemów.

Oni wszyscy nadal są zasadniczo zorientowani na rząd. Nadal proszą o zbawienie poprzez ustawodawstwo. Zasadniczo albo handlujemy, albo zakazujemy czegoś. To jest program działania. Jak do tego doszło? Jak doszliśmy do tego punktu? Doszliśmy do niego w 1906 roku, kiedy Upton Sinclair napisał książkę „Dżungla” i ujawnił okrucieństwa panujące w rzeźniach Chicago, a konkretnie w siedmiu dużych zakładach mięsnych. Było ich wtedy siedem i kontrolowały 50% dostaw mięsa w Ameryce. W ciągu sześciu miesięcy od opublikowania książki Sinclaira, te siedem dużych korporacji, Swift Armor, straciło 50% sprzedaży.

Rynek zagłosował

Nigdy o czymś takim nie słyszałem. To znaczy, ludzie, gdy otrzymają informacje, zaczynają myśleć. To brak informacji sprawia, że jesteśmy głupi. Jeśli ludzie otrzymują informacje, dokonują racjonalnych wyborów i tak właśnie zrobili wtedy. Te siedem wielkich korporacji poszło do biurokratów i prezydenta Teddy Roosevelta „Rki” i powiedziało: „Proszę, uratuj nas. Idziemy na dno i stajemy się socjalistami”. Firma powiedziała: potrzebujemy rządowego znaku jakości, aby zyskać wiarygodność w oczach opinii publicznej. On odpowiedział: „OK, damy waszej żywności rządowy znak jakości. I tak w 1908 roku powstała Służba Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności (FSIS). Wcześniej każdy mógł prowadzić interesy bez udziału biurokratów, sąsiad z sąsiadem, handel żywnością był powszechny w całym kraju.

Nie trzeba było prosić rządu o pozwolenie, aby móc kupić szklankę surowego mleka od sąsiada. FSIS jednak zmieniło to wszystko. Nagle między naszą zdolnością zawierania umów a konsumentami żywności pojawiła się biurokracja. 200 lat temu rzeźnik, piekarz i producent świec byli częścią wsi. Mieszkali nad swoimi sklepami. Chodzili do kościoła w swojej społeczności. Ich dzieci bawiły się razem. Wszyscy wiedzieli, kto jest dobry, a kto nie. Ten facet jest lepszym producentem sera. Tamten nie jest dobrym producentem sera. Wszystko było weryfikowane dzięki przejrzystości wynikającej z osądu społeczności wsi.

Wraz z industrializacją wiejski rzeźnik, piekarz i producent świeczników przenieśli się do ogromnych zakładów otoczonych drutem kolczastym i wieżami strażniczymi, a przemysłowy system żywnościowy i paranoiczni konsumenci, którzy nie mieli do niego dostępu, zaczęli bać się tego, czego nie mogli zobaczyć za ogrodzeniem. I do kogo zwrócili się o ratunek? Do rządu. Ralph Nader w ich imieniu pisze apele: „Proszę, chrońcie nas”. Potrzebujemy większego tyrana niż korporacje. Potrzebujemy kogoś, kto zajrzy za ten płot i zaopiekuje się nami.

Tak więc to, co zaczęło się jako szczera motywacja i pragnienie zostało skarykaturyzowane. Ludzie nie zdawali sobie sprawy, że zamiast zajrzeć za płot, biurokraci zamierzali pójść do łóżka z przemysłem i stworzyć agencję przejmującą kontrolę oraz obrotowe drzwi regulacyjne dla przemysłu.

Uberyzacja

Dzisiejszy system kontroli przemysłowej jest przestarzały. Potrzebujemy uberyzacji systemu żywnościowego. 50 lat temu, gdyby ktoś w Kalkucie podszedł do ciebie i powiedział: „Wsiądź do samochodu, który nie ma oznaczenia, nie przeszedł rejestracji, nie jest prowadzony przez osobę sprawdzoną przez rząd, i powiedział, że zabierze cię do muzeum”, powiedziałbyś: „Coś pan! Zaczekam na taksówkę!”

Co umożliwiło zmianę? Internet stworzył demokratyczną weryfikację w czasie rzeczywistym. Uberyzacja umożliwiła przeprowadzenie transakcji całkowicie niekontrolowanej przez rząd, która wcześniej była transakcją silnie kontrolowaną przez rząd; to Internet jest rzeźnikiem, piekarzem i producentem świeczników w globalnej wiosce dzięki demokratyzacji informacji i weryfikacji w czasie rzeczywistym. Jeśli jesteś złym pasażerem, nie dostaniesz przejazdu. Jeśli jesteś złym kierowcą, nie dostaniesz pasażera. Staje się to samokontrolą. Pomyśl o Airbnb. W ciągu 10 lat Airbnb podwoiło liczbę pokoi sieci hotelowych Marriott, Sheraton i Hilton na całym świecie. Podwoiło liczbę pokoi wszystkich trzech dużych sieci hotelowych na całym świecie, wychodząc spoza kontroli rządu. Taka jest siła uwolnienia rynku. Mam więc propozycję rozwiązania tego problemu transakcji żywnościowych.

Zamiast regulacji spróbujmy wolności, tak aby dorosłe osoby, korzystające z przyrodzonej sobie wolności wyboru, w celu udzielenia swoim mikrobiomom swobody działania, nie musiały prosić rządu o pozwolenie na transakcje żywnościowe. Mamy wolność wyboru w sypialni, w łazience i w łonie matki, nie mamy jej w kuchni. Proponuję rozwiązanie w postaci proklamacji emancypacji żywnościowej, abyśmy mogli bez zgody rządu angażować się w bezpośrednią wymianę żywności między sąsiadami.

Obecnie istnieje sprzeciw wobec tej idei. Sprzeciw zaczyna się od stwierdzenia, że nie możemy udzielać wam specjalnych przywilejów. Że potrzeba nam równych szans. „Nie możemy pozwolić wam na coś, na co nie może sobie pozwolić Tyson”. To tak, jakby powiedzieć, że pozwolimy wam na grę w futbol, ale tylko na stadionach NFL. Potrzebujemy równych szans, takich jak niedzielne popołudniowe mecze na podwórku, gdzie bramką na jednym końcu jest krzew bzu i linia brzegowa, a na drugim końcu – pięciogalonowe wiadro i łopata wbita w ziemię. Gra w futbol, gdy jedynym miejscem, w którym można to robić, będzie stadion NFL z certyfikowanym sędzią - to nie są równe szanse. To nie jest ta sama gra, ludzie. To zupełnie inne oczekiwania. To zupełnie inna gra.

Bezpieczeństwo żywności

Kiedy kilka lat temu zeznawałem w Richmond w sprawie ustawy o żywności domowej, komisarz ds. rolnictwa i usług konsumenckich stanu Wirginia, bardzo miły człowiek, wziął mnie na bok podczas przerwy i powiedział na ucho: „Joel, przecież nie możemy pozwolić ludziom wybierać swojej żywności”. Nie nastarczymy wystarczająco szybko budować szpitali, aby pomieścić w nich tych, którzy otrzymają zepsutą żywność od niedbałych, brudnych rolników”. Był szczery. Muszę mu wierzyć. Nie sądzę, żeby to sobie wymyślił, myślę, że naprawdę w to wierzył.

Kiedy tak mówisz, zakładasz, że ufasz biurokratom bardziej niż rolnikom, co moim zdaniem jest bezzasadne i wątpliwe. Ponadto sugerowałbym, że jak chodzi o nasze szpitale, one już teraz nie są w stanie powstawać w wystarczającym tempie, żeby pomieścić ludzi chorujących z powodu złej jakości żywności zatwierdzonej przez rząd. Nie mów mi więc o chorych ludziach. Problem polega na tym, że żywność jest regulowana na szczeblu federalnym. Gdy nasze hrabstwo chciało spróbować tego rozwiązania, tak jak stan Maine próbował, mimo iż byli w swych zamiarach bardzo agresywni, rząd federalny im nie pozwolił; nawet władzom lokalnym, czy stanowym nie pozwolił.

Wybór żywności

Tak, mamy przepisy dotyczące żywności domowej, zauważ jednak, że nie dotyczy to mięsa, nabiału ani drobiu, które stanowią 50% wydatków na artykuły spożywcze: w amerykańskim budżecie 25% to produkty suche, 25% produkty świeże, i aż 50% to białko zwierzęce. Jeśli więc naprawdę chcemy zająć się systemem żywnościowym, musimy zająć się sektorem zwierzęcym, a ten został objęty regulacjami federalnymi, ponieważ nie można kupić w naszym hrabstwie steka z kością, który byłby w tym hrabstwie wyhodowany i przetworzony. Aby kupić stek z kością z mojej krowy, krowa ta musi zostać przewieziona autostradą międzystanową do federalnego zakładu przetwórczego, a następnie musimy ją ponownie sprowadzić do gospodarstwa.

Każdy stek z kością, który widzicie w tej zamrażarce, musiał zostać przewieziony z farmy i wrócić zamrożony, abym mógł sprzedać wam stek z kością z krów, które znajdują się 15 m dalej i są szczęśliwe, że nigdy nie opuszczą farmy w ten sposób. Moglibyśmy zatrzymać jej wnętrzności tutaj. Moglibyśmy je kompostować. Nie, nie, muszą trafić do utylizacji. W rzeczywistości, jeśli chcielibyśmy przywieźć wnętrzności z powrotem, musielibyśmy użyć tej samej przyczepy, którą przewieźliśmy 15 wołów do zakładu przetwórczego, tej samej przyczepy z 50-galonowymi beczkami, która trzy godziny temu przewiozła żywe zwierzęta, a teraz są one martwe. Przywozimy wnętrzności z powrotem. Są one teraz materiałem niebezpiecznym, który wymaga licencji na transport materiałów niebezpiecznych i ostatecznie nie może być transportowany drogami.

Te przepisy dotyczące bezpieczeństwa żywności nie mają nic wspólnego z bezpieczeństwem żywności. Wszystkich innych substancji niebezpiecznych: leków na receptę, fentanylu, metamfetaminy, kokainy, wymień dowolną substancję, nie można kupić. Nie można ich rozdawać. Nie można ich posiadać, a już na pewno nie można nimi karmić swoich dzieci. Ale w przypadku żywności zakaz dotyczy tylko sprzedaży. Można tę żywność kupić, można jej używać, można nią karmić swoje dzieci, można karmić nią swoich sąsiadów, można ją rozdawać. Po prostu, nie można jej tylko sprzedawać. A więc ktoś tu chyba żartuje. Kto naprawdę dba o bezpieczeństwo żywności? Gdyby rzeczywiście zabicie wołu na moim polu i wycięcie z jego tuszy steka z kością i sprzedanie go było niebezpieczne, nie mógłbym go nikomu podarować czy rozdawać. Nie można byłoby go kupić i na pewno nie wolny byłoby karmić nim swoich dzieci. Hipokryzja tego jest tak rażąca, że aż przekracza granice wyobraźni.

Zalety proklamacji emancypacji żywności

Oto kilka z nich: po pierwsze, produkcja nigdy nie opuściłaby gospodarstwa w celu jej przetworzenia. Przyniosłoby to od 30 do 40% oszczędności na cenie lokalnej żywności. Nam, nazywanym elitom zajmującym się lokalną żywnością, ludzie zarzucają, że jesteśmy drodzy: Patrzcie, jak drogie są wasze produkty! Cóż, jeśli tak jest, to głównie dlatego, że próbujemy wcisnąć produkt rzemieślniczy w paradygmat towaru przemysłowego, a to nie działa. Harvard Business Review przeprowadził badanie porównujące wyroby rzemiosła z produktami przemysłowymi. Ludzie zarabiają na towarach przemysłowych. Oczywiście. Ludzie zarabiają na wyrobach rzemieślniczych. To też oczywiste. Problem pojawia się wtedy, gdy wyrób rzemiosła próbuje stać się produktem przemysłowym, albo towar przemysłowy próbuje stać się wyrobem rzemieślniczym. I oto mamy do czynienia z wyrobem rzemieślniczym, który jest wciskany w paradygmat przemysłowy - a to nie działa. Drogie rzemieślnicze produkty spożywcze z trudem konkurują z seryjnie produkowanymi towarami przemysłowymi.

Po pierwsze, produkcja powinna pozostać w gospodarstwie wraz ze wszystkimi tego korzyściami i skutkami. Po drugie, strumienie odpadów produkcyjnych są wtedy zintegrowane z innymi przedsiębiorstwami rolniczymi. Możemy np. kompostować wnętrzności. Jeśli produkujesz ser, możesz nimi karmić świnie, zwierzęta jadalne i tym podobne. Tworzy to zasadniczo zamknięty, zintegrowany system węglowy i żywnościowy. Jednym z największych problemów naszego systemu żywnościowego, jest jego segregacja. Zniszczyliśmy wszystkie te piękne, synergiczne, symbiotyczne relacje. Dlaczego kurczaki i świnie znajdowały się w sąsiedztwie gospodarstwa? Ponieważ zjadały resztki kuchenne i śmieci z ogrodu. A kiedy je wszystkie zabieramy z gospodarstwa, pozostajemy te pętle niezamknięte. Po trzecie, istnieje ekonomiczna szansa dla nowych przedsiębiorczych rolników, którzy mają dostęp do rynku detalicznego. Spotykam tysiące rolników i drobnych hodowców w całym kraju, którzy mogliby z łatwością utrzymać się z pracy na pełen etat na 10-akrowej działce. Wystarczyłoby, żeby mogli sprzedawać swoje produkty detalicznie. Po czwarte, przystępny wybór dla kupujących; jeśli otworzymy opcję wyboru żywności, trudno sobie nawet wyobrazić do jakich korzyści by to doprowadziło. Domowa kiełbasa cioci Alice, dojrzewające wędliny wujka Jima, byłoby wiele takich opcji. Trudno jest je sobie nawet wyobrazić. Interesująca jest także opcja numer pięć? Pustki żywnościowe zostałyby wyeliminowane, a każdy wolny teren w mieście, w pobliżu którego mieszka przedsiębiorczy lokator, mógłby służyć do uprawy żywności i sprzedaży jej sąsiadom.

Gdyby jednak dzisiaj ktoś uprawiał tam żywność i przygotował potrawkę dla mieszkańców kompleksu mieszkaniowego, w ciągu pięciu minut od momentu sprzedaży pierwszej porcji dobrowolnemu, świadomemu nabywcy, do drzwi zapukałoby sześciu urzędników. To nie jest strefa przeznaczona do prowadzenia działalności gospodarczej. Gdzie jest gaśnica? Gdzie jest oddzielna toaleta? Gdzie jest plan zabezpieczenia? Gdzie jest łańcuch chłodniczy? Gdzie wszystkie te rzeczy…? Tak utrzymują się pustynie żywnościowe. Po szóste, zlikwidowalibyśmy oligarchię. Bernie Sanders i AOC jeżdżą po kraju nawołując: trzeba powstrzymać oligarchię biznesową. Trzeba powstrzymać oligarchię! Cóż, jedynym sposobem, jaki potrafią sobie do tego celu wyobrazić i oligarchię zatrzymać, jest jeszcze większy program rządowy; kolejna agencja, która będzie nadzorować tę…oligarchie. Tak właśnie robimy od stulecia. I zobaczcie, dokąd nas to doprowadziło. Upton Sinclair uważał, że w 1906 r. istniał monopol siedmiu firm kontrolujących dostawy mięsa przez 50 lat. Dzisiaj, po masowej interwencji rządu mającej na celu ochronę naszego systemu żywnościowego, cztery firmy kontrolują 85% rynku. Uważacie, że to jest wolny rynek.

Powodem, dla którego jesteśmy tak skonsolidowani i scentralizowani, nie jest wolny rynek. Lecz to, że od ponad wieku rząd ingeruje w rynek, wprowadzając niekorzystne koncesje i regulacje. Sprawiają one, że duże przedsiębiorstwa są tańsze w prowadzeniu niż małe. I po siódme, i wreszcie, że wszystko to można osiągnąć bez udziału agencji rządowych, bez wydatków, bez biurokratów i bez podwyższonych podatków.

Co się wam tutaj nie podoba? Jak najszybciej i najłatwiej wprowadzić zmiany? Nie jestem abolicjonistą, zapytajmy jednak, czy najlepszym sposobem na omawianą zmianę jest kryminalizacja tego, czego nie lubimy? Sugeruję, abyśmy osiągnęli nasz cel szybciej i łatwiej, tworząc funkcjonalną kolej podziemną.

Kilka lat temu przemawiałem na uczelni w Kalifornii do grupy studentów zgromadzonych w sali wykładowej. Podczas sesji pytań i odpowiedzi coś skłoniło mnie do zadania spontanicznego pytania. Powiedziałem: „Chcę zobaczyć podniesione ręce: ilu z was uważa, że aby zjeść marchewkę z własnego ogrodu, inspektor rządowy powinien poświadczyć, że jest ona bezpieczna do spożycia?”. Podniosła się jedna trzecia rąk. Tak, to było w Kalifornii.

Chcę jednak, żebyście teraz przez chwilę pomyśleli: najszybszą drogą do zdrowia jest dobre jedzenie. A najszybszą drogą do dobrego jedzenia jest uwolnienie rolników i nabywców od kontroli żywności, policji i niewolnictwa. Nie przepraszam więc. Jakie jest moje marzenie? Jaki jest mój cel? Powiem wam, moim marzeniem jest 30 minut z Trumpem. Wierzę, że gdybym przedstawił tę propozycję Trumpowi, byłby nią zainteresowany. Co może być bardziej trumpowskie niż naród ogłaszający emancypację żywnościową?

Na koniec powiem tak: co nam daje wolność modlitwy, głoszenia kazań i odbywania zgromadzeń, jeśli nie wolno nam nam wybrać paliwa dla naszych ciał? Jak mamy się modlić, głosić kazania i gromadzić się bez takiego paliwa? Jedynym powodem, dla którego nasi założyciele nie zagwarantowali nam prawa wyboru żywności, jest to, że nie mogli sobie wyobrazić dnia, w którym nie będzie można kupić szklanki surowego mleka od sąsiada. Nie będzie można kupić od sąsiada domowej kiełbasy, sałatki z pomidorów czy zupy pomidorowej. Nie mogli sobie tego wyobrazić. A my w takim świecie dzisiaj żyjemy!

Sugeruję, że to proklamacja emancypacji żywnościowej jest sposobem na rozwiązanie wielu kwestii i problemów. Nie regulacje! Najbardziej paraliżującą obywateli rzeczą, jaką władza może im uczynić, jest stwierdzenie, że jedynym sposobem rozwiązania naszego problemu są regulacje. To najbardziej pozbawiająca obywateli mocy rzecz, jaką można im zrobić. Obywatele, najskuteczniejszym sposobem rozwiązania problemów społecznych jest umożliwienie oddolnej przedsiębiorczości i zapewnienie tysiącom producentów żywności dostępu do rynku. Właśnie to osłabi oligarchię, da nam swobodę wyboru żywności, zapewni bezpieczne, pewne i stabilne dostawy żywności. Mamy być w tym jak ogromna flotylla zwinnych łodzi motorowych, a nie wielki, nieruchawy lotniskowiec. Ilu z was się z tym zgadza? Więc zróbmy to. Niech wszystkie wasze marchewki rosną długie i proste. Niech wasze rzodkiewki będą duże, ale nie mięsiste. Niech kwitnienie i gnicie pomidorów dotknie pomidory waszego sąsiada z Monsanto. Niech kojoty oślepną na widok waszych kurczaków na pastwisku. Niech wszystkie wasze kulinarne eksperymenty będą smakowite. Niech deszcz pada łagodnie na wasze pola, a wiatr zawsze wieje w plecy. Niech wasze dzieci nazywają was błogosławionymi. Wszyscy razem uczyńmy nasze gniazdo lepszym miejscem niż to, które odziedziczyliśmy. Niech Bóg was błogosławi.

Dziękuję!

P.S. Konferencja okazała się ogromnym sukcesem i była jedną z najlepszych, w jakich brałem udział. Trwają już przygotowania do przyszłorocznej edycji – a ponieważ ta była wyprzedana, a lista oczekujących liczyła ponad 200 osób, przygotuj się do rejestracji, gdy tylko zostanie ogłoszona!

Robert W Malone, MD

Wirginia

Różnorodność klimatyczna

Jestem w pobliżu Wzgórz Golan w Izraelu i prowadzę kolejną serię seminariów dla rolników, podobnie jak w lutym 2023 roku. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Dzisiaj spacerowałem po pastwisku z grupą miejscowych rolników po terenach w pobliżu granicy z Syrią.

Klimat śródziemnomorski odznacza się tym, że deszcze zaczynają padać w listopadzie, a w grudniu trawa rośnie już dobrze i można rozpocząć wypas. Golan różni się znacznie od niżej położonych części kraju, więc wszystko tutaj dzieje się około miesiąc wcześniej. Deszcze ustają pod koniec maja, a na początku lipca roślinność brązowieje.

Dzisiaj byłem w Savory Hub (nazwanym na cześć Allana Savory'ego); ziemia jest zarządzana przez kibuc i obejmuje około 7000 akrów, na których hoduje się stado 800 krów. Liczne bunkry wojskowe rozsiane są po całym terenie, a kilkanaście turbin wiatrowych wykorzystuje wszechobecny wiatr na płaskowyżu.

Golan to wysoki płaskowyż, który został zajęty przez Izrael podczas wojny sześciodniowej w 1967 roku. Podczas ostatnich walk 7 października Hezbollah wystrzelił stąd rakiety. Pola są porośnięte trawą pomiędzy głazami; niektóre z nich wielkości taczek, inne wielkości piłek do koszykówki. Przejazd po tych polach quadem byłby prawie niemożliwy. Pola pokryte są starożytnymi kamiennymi ogrodzeniami, wałami obronnymi, budynkami i instalacjami typu Stonehenge.

Stałe ogrodzenia to zazwyczaj drut kolczasty na słupkach w kształcie litery T lub rodzaj kwadratowego panelu z drutu; nie ma drewnianych słupków. Drzewa prawie tu nie występują. Ze względu na nierówne głazy uważa się, że nie można podzielić pól przenośnym ogrodzeniem elektrycznym. Jednak po przejściu się po kilku polach zapewniłem ich, że mogą przedzierać się między skałami i znacznie poprawić zarządzanie. Ogrodzenia nie muszą być ustawione w linii prostej. Ponieważ ziemia nie jest własnością prywatną, rząd kontroluje wszystkie działania rolników, co oznacza, że trzeba uzyskać zgodę (co jest trudne) na budowę stawu, wprowadzenie innego rodzaju zwierząt, budowę konstrukcji itp. Oczywiście, jak w przypadku każdej biurokracji, agenci o ugruntowanej pozycji nie są skłonni do zatwierdzania innowacji.

Średni odsetek cieląt w stosunku do krów wynosi 60 procent; innymi słowy, 100 krów rodzi tylko 60 cieląt, które są odstawiane (odsadzane) od matek. Rolnicy uczestniczący w dzisiejszym spacerze po pastwisku nie byli pewni, czy ten niski odsetek wynika głównie z niskiej płodności, czy też ze śmiertelności cieląt z powodu zapalenia płuc, drapieżników i chorób. W okolicy występują wilki i szakale.

Dla niewtajemniczonych, w Ameryce hodowla bydła byłaby uznana za nieudaną, gdyby nie odsadzono 80 procent krów. Rząd izraelski przyznaje hodowcom bydła dotację w wysokości 300 dolarów rocznie na każdą krowę; rolnicy twierdzą, że dotacja sprawia, że niechętnie ubija się krowy nieproduktywne. Co ciekawe, gospodarstwo stwierdziło dzisiaj, że lepsze zarządzanie w ciągu ostatnich 5 lat znacznie poprawiło zdrowie stada; Nie zapytałem, jaki był ich odsetek odsadzeń przed rozpoczęciem podstawowego systemu przemieszczania.

Rolnicy zasypali mnie dzisiaj informacjami na temat izraelskich przepisów dotyczących rolnictwa. Hodowla drobiu jest trudna ze względu na kwoty ilościowe. Wydawało się, że istnieje pewna niezgoda co do tego, czy jedna osoba może hodować więcej niż 30 kurczaków; jeden z rolników powiedział nawet, że można hodować 800. Ogólnie rzecz biorąc, cały drób jest hodowany w zamkniętych budynkach, a większość obornika jest wykorzystywana jako pasza dla krów mięsnych. Ta konkretna farma zaprzestała tej praktyki kilka lat temu ze względu na przejście na hodowlę pastwiskową (na trawie). W ciągu najbliższych dni postaram się ustalić, jak wygląda sytuacja w zakresie hodowli drobiu. Kiedy masz salę pełną rolników odpowiadających na twoje pytania, panuje nieco chaos.

Cielęta płci męskiej nigdy nie są tu kastrowane. Są odsadzane od matek i trafiają bezpośrednio do zagród, gdzie są tuczone kukurydzą; tuczenie trawą praktycznie nie istnieje. Oczywiście nie ma tu świń; przepisy rządowe wymagają, aby świnie hodowane w gospodarstwie nie miały kontaktu z ziemią; muszą przebywać na betonie.

Strefy klimatyczne Izraela zmieniają się dramatycznie od tropikalnej do umiarkowanej na bardzo niewielkich odległościach. Dziś rano przejechaliśmy z okolic Tyberiady, gdzie rosną bananowce, do Golanu, gdzie nawet migdałowcom jest za zimno. W rezultacie regionalne systemy żywnościowe są tutaj prawdopodobnie bardziej wykonalne niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie.

Będę tu jeszcze przez tydzień; nie wiem, czy będę publikował posty codziennie, ale postaram się dzielić spostrzeżeniami na bieżąco. Mam nadzieję, że wszystkim się to spodoba.

Joel Salatin

Rolnictwo ma w plecy

Izrael jest jednym z najbardziej nieprzyjaznych środowisk rolniczych, z jakimi spotkałem się w krajach, które odwiedziłem w ciągu mojego życia. Klimat śródziemnomorski charakteryzuje się porą suchą i porą deszczową. Deszcze zaczynają się około 1 listopada i trwają do 1 maja, ale rzadko są stałe w tym okresie. Często są nieregularne, co oznacza, że zaczynają się i trawa zaczyna rosnąć, by przez kolejne miesiące deszcze nie nadchodziły wystarczająco szybko, żeby trawa pozostała zielona. Więdnie i brązowieje, aż do nadejścia kolejnego deszczu. Daje to nowy impuls do „wczesnych i późnych deszczy”.

Pod względem politycznym kraj ten przyjął technologiczne rozwiązania we wszystkich dziedzinach. Obejmują one pełne poparcie dla rozwiązań farmaceutycznych i przemysłowych. Nadal badam, czy hodowla drobiu na pastwisku jest legalna. Wczoraj podczas całodziennego seminarium, kiedy rolnicy sprzeciwiali się hodowli drobiu na pastwisku, twierdzili, że wynika to z faktu, iż rząd uważa, że świeży obornik kurzy, który trafia do gleby, zanieczyszcza strumienie w wyniku spływu.

Zapytałem ich, co robią z obornikiem pochodzącym z przemysłowych ferm drobiu. Powiedzieli, że większość z nich jest przeznaczana na paszę dla bydła. Bydło, które zjada obornik z kurczaków i wypróżnia się na ziemię, najwyraźniej ją oczyszcza; według rządu obornik bydlęcy nie zanieczyszcza strumieni. Tak więc, drodzy przyjaciele, Ameryka nie jest jedynym krajem, w którym biurokracja szaleje.

Dzisiaj rano spędziłem czas na jedynej w kraju farmie, która sprzedaje wołowinę z hodowli ekologicznej. Większość wołowiny trafia do hurtowni, lecz część jest przetwarzana na miejscu. Znajdowała się ona w pobliżu granicy z Syrią, na Wzgórzach Golan. Jest to gospodarstwo liczące 800 krów na obszarze około 6000 akrów (2400 ha). Kiedy nadchodzi pora sucha, pożary stanowią ogromne zagrożenie, ponieważ wszystko staje się brązowe.

Podczas ostatniej wojny drony Hezbollahu (sterowane przez Iran) przeleciały nad farmą, a kiedy izraelska obrona je zestrzeliła, wszystko spadło na pola i wywołało pożar. Podczas ostatnich ciężkich walk każdej nocy spadało na pola kilka takich dronów. Jak byś się czuł, prowadząc gospodarstwo, na którego wyschnięte pola spadają płonące pociski? Nie jest to łatwe miejsce do prowadzenia gospodarstwa.

Mamy więc niezwykle uciążliwe przepisy rządowe, ciągłe zagrożenie atakiem rakietowym i jeszcze dwie rzeczy: kradzież i zabijanie zwierząt gospodarskich w Judei i Samarii (Zachodni Brzeg) z sąsiedniej strefy A (wyznaczone obszary palestyńskie) do strefy C (wyznaczone obszary izraelskie). Hodowcy bydła każdej nocy sprowadzają swoje zwierzęta do zagrody w pobliżu domu, aby chronić je przed drapieżnikami. Jak byś się czuł, prowadząc gospodarstwo, wiedząc, że twoi sąsiedzi chcą zabić ciebie i twoje zwierzęta?

Wreszcie skały. Nie możecie sobie wyobrazić tych skał. Od tysiącleci cywilizacje walczą o ten niewielki pas ziemi. Imperium osmańskie nakładało podatek na drzewa, co doprowadziło do całkowitego wylesienia. Ziemia była przez długi czas plądrowana. Moi gospodarze, organizacja Hayovel, pomagają rolnikom budować ogrodzenia, a jedna trzecia słupków T wymaga wywiercenia otworu w litej skale (z powodu braku gleby). Wiertło kosztuje około 200 dolarów i wystarcza na kilkaset otworów, zanim się zużyje lub złamie, ale jest to żmudna praca.

Skały są wszędzie i dominują nad wszystkim. Skały. Skały. Skały. Brak gleby i skały sprawiają, że jest to najbardziej niezdatna do zamieszkania ziemia na naszej planecie. Ale właśnie tam odbudowa może wyglądać najbardziej spektakularnie. Kto mógłby ją pokochać, jeśli nie Bóg? Kto mógłby jej pragnąć, jeśli nie Bóg? To doskonały przykład bezwarunkowej miłości i boskiego odkupienia.

Jestem pewien, że garstka z was, czytających te posty, wpadnie w szał po przeczytaniu tego. Przymierze Abrahamowe nadal obowiązuje: „Będę błogosławił tym, którzy was błogosławią, a przeklinał tych, którzy was przeklinają”. Jeśli gardzicie tymi wpisami, mam tylko jedną rzecz do powiedzenia: „Zobaczymy się przed tronem sądu”.

Fakt, że rolnicy ci próbują sobie poradzić w tych okolicznościach, świadczy o ich wierze i wytrwałości. Wszyscy możemy się od nich uczyć.

Joel Salatin

Wciąż jestem w Izraelu i w końcu znalazłem swojego rolnika. Dzisiaj poprowadziłem kolejne całodniowe seminarium, w czasie którego podszedł do mnie facet, żeby mi powiedzieć, że od 10 lat czyta moje publikacje, i że kilka lat temu w końcu się zdecydował, kupił kawałek ziemi, kilka owiec i zaczął.

Nie mógł być bardziej podekscytowany. Powiedzieć, że rolnicy ci są sceptyczni wobec zarządzanego wypasu, to za mało. Woda. Cień. Pora sucha i brak trawy. Głazy na polach. Trudny teren. Cokolwiek by to nie było, zarządzany wypas po prostu się tutaj nie sprawdza.

Ale ten młody rolnik – prawdopodobnie około 30 lat – podszedł do mnie z pewnością siebie i zaczął opowiadać swoją historię. Nabył ziemię i kupił około 35 owiec, które były w złym stanie. Natychmiast zaczął stawiać ogrodzenia i codziennie przenosić je do ciasnych zagród. Wspomniałem już o kamieniach – niektóre wielkości piłki do softballu, inne wielkości piłki do koszykówki, a najwięcej z nich wielkości taczki – tak gęsto ułożonych, że wyglądało to tak, jakby ktoś próbował obsiać pole nasionami kamieni. Przerażające.

Ze śmiechem powiedział, że nosi ze sobą wiertarkę akumulatorową z wiertłem do kamienia i wystarczy około 30 sekund, aby wywiercić w skale otwór wystarczająco duży, aby zmieścił się w nim pręt zbrojeniowy 7/16 cala z izolatorem. Wytresował swoje owce, aby szanowały pojedynczy drut – co jest niemal niespotykanym wyczynem – i pozostawia je na zewnątrz w nocy. Ponownie, jest to ogólnie uważane za niemożliwe w nocy ze względu na kradzieże dokonywane przez Palestyńczyków. Ale ma człowieka, który pozostaje z owcami przez całą noc dla bezpieczeństwa.

Uważa, że znalazł rozwiązanie problemu bezpieczeństwa dzięki urządzeniu Speedrite, które powiadamia telefon komórkowy, gdy coś/ktoś narusza (przecina) ogrodzenie. Instaluje więc 5-przewodowe ogrodzenie wokół swojej posiadłości, które trzeba by przeciąć, aby ukraść owce. W ten sposób zdążyłby otrzymać powiadomienie i wyjść, by sprawdzić, co się dzieje.

Powiedział, że jego owce z czasem stały się niezwykle zdrowe, a na trawę reagują wyjątkowo dobrze. Był to dla mnie dzień rehabilitacji po tak wielu negatywnych opiniach i sprzeciwach. Myślę, że ten chłopak będzie wschodzącą gwiazdą. Wynalazł nawet składaną osłonę przeciwsłoneczną w kształcie litery A, którą można przenosić. Bierze belę siana i kładzie ją na skałach, aby skoncentrować obornik i mocz oraz skupić zaburzenia, aby stymulować kiełkowanie nowej trawy. Mówi, że działa to idealnie jako pompa pastwiskowa. Wszystko w nim było magnetyczne, więc ruszamy do działania.

Odwiedziłem również farmę młodej pary na północ od Jerozolimy. Uprawiają oni prawdopodobnie pół akra produktów rolnych na pięknie utrzymanych grządkach ogrodowych na opuszczonym parkingu czołgów wojskowych. Korzenie warzyw powoli rozluźniają żwir pod płytką warstwą gleby. Myśl, że parking dla czołgów można tak pięknie przekształcić, jest najwyższą formą odkupienia.

W dzisiejszej grupie uczestników seminarium około dziesięciu osób miało przy sobie półautomatyczne karabiny. Jestem w Judei i Samarii, gdzie wielu Izraelczyków nosi broń dla ochrony. Jak powiedziała pół wieku temu premier Golda Meir: „Gdyby Arabowie złożyli broń, jutro mielibyśmy pokój; gdyby Izrael złożył broń, jutro nie byłoby Izraela”. Nigdy nie wypowiedziano bardziej prawdziwych słów.

Jeszcze jedna wspaniała rzecz, której dowiedziałem się wczoraj: w Izraelu są świnie. Aż 250000 sztuk. Import wieprzowiny jest nielegalny, podobnie jak pozwalanie świniom na kontakt z ziemią. Jednak świnie hoduje się tu głównie dla prawie miliona rosyjskich Żydów, którzy wyemigrowali po procesach norymberskich. To odkrycie dało mi znacznie większą swobodę emocjonalną w wyjaśnianiu korzyści płynących z kompostowania za pomocą pigaeratora, który zastępuje paliwo, maszyny i siłę roboczą. Ponieważ nie ma tu drzew, myślałem, że wióry drzewne będą drogie, ale nie jest aż tak źle: kosztują około 50 procent więcej w Wirginii. To wykonalne w przypadku pieluch węglowych. Możliwości powielania ekologicznych zasad hodowli zwierząt rosną z dnia na dzień i czuję się coraz bardziej komfortowo, opowiadając swoją historię. To świetny czas, aby być w Izraelu.

Joel Salatin

Spędzam noc na górze Gerizim w siedzibie Hayovel w Izraelu. Komentarze do tych wpisów na blogu są bardzo przyjemne, z wyjątkiem tych osób, które zarzucają mi, że wzbogacam się na tej podróży. Zwykle nie lubię afiszować się z prezentami, ale ze względu na te nieprzychylne komentarze uważam, że ważne jest, aby wszyscy wiedzieli, że nie biorę ani grosza za tę podróż. To całkowicie moja ofiara.

To prawda, że nie robię zbyt wielu rzeczy za darmo, a kiedy już to robię, jestem dość wybredny, jeśli chodzi o odbiorców. A to była dla mnie radość. Zobaczymy, czy wszyscy, którzy oskarżali mnie o czerpanie korzyści finansowych z tej podróży, zamieszczą komentarze z przeprosinami.

Dzisiaj zjadłem śniadanie z gubernatorem Mt. Hebron, który jest największą jurysdykcją w Judei i Samarii, ale najmniej zaludnioną. Około 75 procent mieszkańców Izraela mieszka w promieniu 10 mil od wybrzeża Morza Śródziemnego. Po południu przejeżdżaliśmy przez coś, co wyglądało jak miliony akrów jałowej, niezamieszkanej ziemi, która w czasach króla Dawida była całkowicie zalesiona. W jednym z jej zakątków Dawid uciekł podczas buntu Absaloma; aby wyobrazić sobie Absaloma wiszącego na drzewie za włosy, trzeba wykazać się ogromną wyobraźnią, ponieważ wokół są tylko skały i chwasty. Ciągną się przez wiele, wiele mil kwadratowych.

Porozumienia z Oslo z 1995 roku przyznały 40 procent Judei i Samarii Arabom, a 60 procent Izraelczykom. Był to traktat, z którym zgodził się praktycznie cały świat. Od tego czasu Izrael zajął tylko 6 procent ich ziemi. Kiedy rolnik przenosi się na inny kawałek ziemi, zmniejsza się terroryzm i wzrasta pokój. Jestem tutaj, aby pomóc tym nielicznym rolnikom, którzy już uprawiają ziemię, osiągnąć większy sukces i zachęcić nowych do podjęcia tego wyzwania.

Jednym z największych problemów Izraela jest to, że współcześni Żydzi nie mają tradycji rolniczych. Przez wieki nie kupowali ziemi ani nie uprawiali roli; byli jubilerami, zegarmistrzami i bankierami – wykonywali zawody związane z usługami i rzemiosłem, które można było wykonywać w dowolnym miejscu. Dzięki temu, gdy byli wypędzani z danego obszaru, mogli uciekać, zabierając ze sobą swój majątek. Oznaczało to, że w 1948 roku, kiedy powstało państwo Izrael, mieli bardzo mało doświadczenia, aby założyć dobre gospodarstwa rolne.

Do kogo więc zwrócili się po radę? Do swoich przyjaciół w Stanach Zjednoczonych. A co powiedzieli im przyjaciele z USA? Aby budowali fermy drobiowe, stosowali środki chemiczne, karmili krowy odchodami kurczaków i robili wszystko inne, co tylko można sobie wyobrazić, a co jest nieekologiczne. Jestem tutaj, aby naprawić skutki tych fatalnych rad z mojego kraju, a także aby zachęcić nowych rolników.

Jakby tego było mało, rolnicy ci muszą zmagać się z ciągłym zagrożeniem ze strony terrorystycznych sąsiadów. Dzięki wspaniałej współpracy między moimi gospodarzami, Hayovel i władzami Mt. Hebron, nowi rolnicy mogą teraz korzystać z przyczepy monitorującej, która zapewnia im ochronę w początkowym okresie działalności. Widziałem ją dzisiaj i jest naprawdę piękna. Jest wyposażona w kamerę termowizyjną i zwykłe kamery, które mogą powiększać obraz z odległości do trzech mil, aby monitorować naruszenia granic.

Dwie markizy z panelami słonecznymi rozkładają się, dzięki czemu przyczepa jest całkowicie samowystarczalna energetycznie. Monitory mogą być połączone z siłami IDF lub rolnikiem. Po południu przejeżdżaliśmy obok farmy, gdzie 16-letni pasterz został śmiertelnie pchnięty nożem przez Arabów z pobliskiej wioski. Kiedy chłopiec nie pojawił się pod koniec dnia z owcami, wysłano ekipę poszukiwawczą. Podczas poszukiwań Arabowie strzelali do ekipy ratowniczej. Oczywiście wielu Arabów, zwłaszcza tych mieszkających w Izraelu, jest przyjaznych i pokojowo nastawionych. Jednak w Judei i Samarii sytuacja wygląda inaczej, a rolnicy próbujący żyć na izraelskiej ziemi są stale narażeni na przemoc. Ta przyczepa stanowi zupełnie nową inicjatywę mającą na celu ochronę tych rolników podczas zakładania ich gospodarstw.

Dzisiejszego popołudnia spędziłem kilka godzin na farmie w Mieście Dawida. Ta 36-akrowa farma w Jerozolimie jest próbą uprawiania wszystkich roślin i hodowli wszystkich zwierząt znanych z okresu Dawida w Izraelu. Poproszono mnie, abym przyjechał i doradził im w kwestii chorób i problemów związanych z nieprzyjemnym zapachem. Zapoznałem ich z węglowymi pieluchami (zabawnie było próbować nauczyć ich, jak to powiedzieć po hebrajsku) oraz rotacją zwierząt między zagrodami w celu przerwania cyklu patogenów. Zespół był niezwykle otwarty; od razu zrozumieli sens tych rozwiązań i zastanawiali się, dlaczego nie są one powszechnie stosowane.

Cóż, prawda nie jest powszechną praktyką. Jutro odbędzie się moje trzecie i ostatnie całodniowe seminarium i nie mogę się doczekać, aby zobaczyć, kogo tym razem będę miał zaszczyt spotkać.

Joel Salatin

Moja wycieczka po Izraelu dobiega końca. Wczoraj odbyłem ostatnie całodniowe seminarium. Najważniejszym wydarzeniem było dla mnie spotkanie z 18-letnią dziewczyną, która zapoznała mnie z izraelskim systemem wolontariatu.

W różnych gospodarstwach, które odwiedziłem, spotykałem 18-19-letnich wolontariuszy. Są to entuzjastyczni, a nawet hałaśliwi młodzi ludzie, ta młoda dama wyjaśniła mi jednak kilka kwestii.

W Izraelu obowiązuje obowiązkowa służba wojskowa dla wszystkich młodych ludzi. Istnieje jednak możliwość wyboru: jeśli młody człowiek woli poświęcić kilka lat na wolontariat, nie musi iść do wojska. W przeciwieństwie do programu Job Corps w Stanach Zjednoczonych, program ten jest stosunkowo mało uregulowany. Młoda osoba może w pewnym sensie zaplanować własną działalność wolontariacką zamiast odbywać służbę wojskową.

Najwyraźniej wielu z nich wybiera wolontariat na farmie. W rezultacie wiele z tych gospodarstw zatrudnia od 2 do 6 osób w wieku 18-19 lat, które obsługują maszyny, budują ogrodzenia, przycinają winnice, uczą się umiejętności pasterstwa i wszelkiego rodzaju prac fizycznych i praktycznych. Aby pokazać, jak inaczej myśli pokolenie Z, kiedy podczas seminarium zapytałem „co przyciąga młodych ludzi do rolnictwa?”, starsi ludzie odpowiedzieli „rentowność”, a 14-letnia dziewczyna siedząca w pierwszym rzędzie odpowiedziała „ekologia lecznicza”. To dobry znak na przyszłość.

Nie sądzę, aby ci wolontariusze otrzymywali wynagrodzenie (stąd termin „wolontariusz”, a nie „stażysta”, „praktykant” lub inne określenie), chociaż mogą otrzymywać pewnego rodzaju stypendium. Chodzi o to, że kultura zachęca młodych ludzi w okresie po ukończeniu szkoły średniej i przed rozpoczęciem nauki zawodu do wykonywania pracy fizycznej i nawiązywania kontaktu z ziemią.

To właśnie ci młodzi ludzie utrzymywali wiele gospodarstw rolnych podczas wojny (7 października), kiedy wielu rolników zostało powołanych do służby. W czasie wojny powołano 5 procent ludności Izraela; dla porównania, odpowiadałoby to 15 milionom obywateli Stanów Zjednoczonych. Było to ogromne obciążenie dla wszystkich.

W Stanach Zjednoczonych nie ma silnej etyki wolontariatu wśród młodzieży. Kiedy Amerykanie mówią o wolontariacie, najczęściej mają na myśli emerytów szukających sensownego zajęcia. Ale wyobraźmy sobie, że znalezienie sensownego zajęcia byłoby wpajane młodym ludziom, tak aby wchodząc w dorosłość, mieli oni wspomnienia tego, co faktycznie oznaczało dostarczenie na stół kiści winogron lub kotleta jagnięcego.

Stany Zjednoczone nie mają takiego punktu wyjścia, aby przygotować licealistów do wdzięczności i zrozumienia w dorosłym życiu. Jesteśmy pobłażliwi do granic nadużycia. Kiedy myślę o samobójstwach nastolatków i problemach ze zdrowiem psychicznym, nie mogę przestać się zastanawiać, czy gdyby każdy Amerykanin poniżej 20 roku życia był zobowiązany poświęcić dwa lata swojego życia na rzecz społeczeństwa, wykonując ciężką pracę, czy nie wprowadziłoby to więcej pokory do życia. Niezależnie od tego, czy jest to służba wojskowa, czy praca fizyczna, taki okres stanowi preludium do osobistych osiągnięć, poczucia własnej wartości i bliskich przyjaźni, które naturalnie rozwijają się w wyniku intensywnego wolontariatu.

Co ciekawe, spotkałem się już tutaj z wieloma gospodarstwami, które zapewniają platformę do terapii emocjonalnej. Wiele z nich to gospodarstwa zajmujące się leczeniem zespołu stresu pourazowego (PTSD). Coś w dotykaniu ziemi lub spędzaniu dnia na opiece nad zwierzętami ponownie łączy ścieżki emocjonalne prowadzące do uzdrowienia. W mojej książce „YOUR SUCCESSFUL FARM BUSINESS” jednym z przyszłych przedsięwzięć rolniczych, które przewidziałem, było coś, co nazwałem „gospodarstwem terapeutycznym”. Po raz pierwszy zetknąłem się z nimi na dużą skalę w Holandii.

Od problemów fizycznych po psychiczne, społeczeństwo robi wszystko, aby NIE umieszczać nikogo w instytucjach, ale umieszczać ludzi w miejscach, gdzie mogą się rozwijać jako część zespołu. Być może jednym z największych wkładów, jaki mogą wnieść dobre gospodarstwa rolne, jest stworzenie schronienia dla osób cierpiących. Oczywiście najlepsze do tego są gospodarstwa, w których hoduje się różnorodne rośliny i zwierzęta, nie stosuje się chemikaliów, pachnie ładnie i jest pięknie.

Podsumowując, szanuję każdą kulturę, która przykłada wagę do tego, aby młodzi ludzie wkraczali w dorosłość z szacunkiem dla ciężkiej pracy i tego, co trzeba zrobić, aby zapewnić sobie pożywienie, a także bronić tych, którzy je zapewniają.

Wczoraj media huczały o WIELKIEJ AMERYKAŃSKIEJ INICJATYWIE OŻYWIENIA GOSPODARCZEGO prezydenta Trumpa, w ramach której agencjom zajmującym się walką z uzależnieniem od narkotyków i bezdomnością przyznano 100 milionów dolarów. Inicjatywa ta, traktująca uzależnienie od narkotyków jako chorobę, ma na celu przekazanie środków finansowych organizacjom publicznym i prywatnym w celu zwalczania tej rosnącej plagi naszego społeczeństwa.

Przypomina mi to program Lyndona Johnsona WAR ON POVERTY z połowy lat 60., w ramach którego wydano ponad 1 bilion dolarów, a mimo to obecnie więcej osób żyje w ubóstwie niż w momencie rozpoczęcia programu. Wybaczcie mi mój cynizm w tej kwestii.

Ale skłoniło mnie to do zastanowienia się nad innymi sposobami walki z tym problemem, co doprowadziło mnie do kilku „co by było, gdyby”.

Co by było, gdyby rząd wycofał się z edukacji, aby dzieciom nie mówiono, że dziewczynki są chłopcami, a chłopcy są dziewczynkami, a dziewczynki są kotami, a chłopcy są psami?

Co by było, gdyby Stany Zjednoczone zamknęły wszystkie swoje zagraniczne bazy, przestały przekazywać pieniądze zagranicznym rządom, sprowadziły kwiat naszej młodzieży do domu i przestały wtrącać się w sprawy innych narodów?

Co by było, gdyby rząd nie subsydiował pszenicy, kukurydzy i soi, aby syrop kukurydziany o wysokiej zawartości fruktozy, płatki Cheerios i oleje nasienne były najtańszymi produktami spożywczymi w kraju?

A co by było, gdyby rząd przestał ingerować w opiekę zdrowotną, zmniejszył budżet o połowę i pozwolił nam wszystkim zatrzymać połowę naszych podatków, abyśmy mogli je wydać na to, co chcemy?

A co by było, gdybyśmy nie mieli CDC i Anthony'ego Fauci, którzy okłamują nas, zamykają nasze szkoły i domy opieki i doprowadzają nas do rozpaczy?

A co by było, gdyby rząd nie subsydiował i nie wymagał od dzieci 7 tuzinów szczepionek w koktajlach, które nigdy nie zostały przetestowane?

A co by było, gdyby każdy, kto chciałby zbudować dom, mógł to zrobić tak, jak chce, bez pytania rządu o zgodę?

A co by było, gdyby rząd powrócił do standardu złota, musiał zrównoważyć swój budżet i nie mógł zaciągać pożyczek, eliminując w ten sposób inflację i sprawiając, że pieniądze stałyby się wiarygodne?

A co by było, gdyby rząd przestał ingerować w wynagrodzenia pracodawców i pracowników, dzięki czemu firmy nie byłyby tak zdesperowane, aby pozbywać się ludzi?

A co by było, gdyby żadna uczelnia nie otrzymywała ani grosza pomocy rządowej i musiała promować się w oparciu o rzeczywiste wyniki, a nie nauczanie głupoty?

A co by było, gdybyśmy stworzyli krajowy cel, aby umożliwić rodzinom przetrwanie dzięki jednej osobie zarabiającej, tak aby jedno z rodziców mogło faktycznie być obecne i kochać swoje dzieci?

A co by było, gdybyśmy zlikwidowali podatki od nieruchomości, aby nikt nie stracił swojego domu?

A co by było, gdybyśmy pozwolili właścicielom nieruchomości budować na swojej ziemi, co tylko zechcą, tworząc w ten sposób miliony mieszkań?

W porządku, wystarczy, ale rozumiesz, o co mi chodzi. Uważam, że epidemia uzależnienia od narkotyków i bezdomności jest problemem społecznym, wskazującym na ogromną dysfunkcję; nie mamy problemu z narkotykami i bezdomnością z powodu skąpstwa finansowego rządu.

Dwa pytania:

1. Czy uważasz, że te 100 milionów dolarów coś zmieni?

2. Gdybyś chciał dodać do tej listy pytanie „co by było, gdyby”, jakie by ono brzmiało?

Salatin.pl | Zdrowa żywność i rolnictwo regeneratywne

Zdrowa żywność zaczyna się
od zdrowej gleby

„Nie jesteśmy tylko rolnikami. Jesteśmy uzdrowicielami ziemi.” — Joel Salatin
Czytaj artykuły

Trzy filary naszej filozofii

🌿

Rolnictwo regeneratywne

Uprawiamy ziemię tak, by z każdym sezonem stawała się żyźniejsza. Rotacja pastwisk, kompostowanie, agroleśnictwo — natura jest naszym wzorcem.

🥦

Zdrowa żywność

Jedzenie powinno leczyć, nie szkodzić. Promujemy żywność lokalną, sezonową, wyprodukowaną bez chemii — taką, jaką jedli nasi dziadkowie.

🌳

Natura jako wzorzec

Obserwujemy naturę i uczymy się od niej. Każdy ekosystem ma swój porządek — my go naśladujemy, zamiast z nim walczyć.

Artykuły

„Jeśli chcesz zmienić świat, zacznij od własnego talerza. A jeśli chcesz zmienić talerz, zacznij od gleby.” — Joel Salatin